czlowiek.info

O szurach, covidowcach i marnych autorytetach

19 lutego 2020 roku, na łamach prestiżowego magazynu medycznego The Lancet, grupa naukowców opublikowała oświadczenie potępiające “teorie spiskowe sugerujące, że COVID-19 nie ma naturalnego pochodzenia” i zapewniające o “konsensusie naukowym” wykluczającym pochodzenie laboratoryjne wirusa.

14 maja 2021, na łamach prestiżowego magazynu naukowego Science, inna grupa ekspertów opublikowała inne oświadczenie, z którego wynika, że nie ma jasności co do pochodzenia pandemii i do czasu zebrania wystarczających danych należy poważnie traktować hipotezy dotyczące zarówno pochodzenia naturalnego, jak i “wycieku” z laboratorium. W podobnym, acz mniej hipotetycznym tonie, wypowiada się Nicholas Wade, brytyjski dziennikarz naukowy piszący onegdaj dla The New York Times, Science i Nature.

Przez ostatni rok osoby dopuszczające możliwość drugiej hipotezy na temat źródeł SARS-CoV-2 (wycieku, a nie celowego działania – przyp. autor) były wyśmiewane od teoretyków spiskowych i odsyłane na wakacje do szurostanu. Szczerze mówiąc, sam byłem sceptyczny.

Dziś co bardziej “jaśnie oświeceni” nawołują do przymusu masowych szczepień dzieci, zdrowych młodych i ozdrowieńców preparatami, których długofalowa skuteczność i bezpieczeństwo nie są znane, motywując “propozycję” tym, że ciemnogród nie powinien mieć prawa głosu w takich sprawach, a “nauka jest jednoznaczna” i “trzeba wierzyć ekspertom”.

Czy nauce, uczonym i ekspertom trzeba zawsze wierzyć nie zadając własnych pytań? Czy szarym Kowalskim nie wolno wyrażać sceptycyzmu wobec wątpliwych pomysłów władzy? W końcu, czy brak zaufania do władzy, nauki i ekspertów usprawiedliwia ucieczkę do świata teorii spiskowych?

Zanim przejdziemy dalej, na początek kilka deklaracji dla wszystkich, którzy mają skłonność do wyciągania z tekstu tego, czego w nim nie ma.

  • Nie uważam, że SARS-CoV-2 został wymyślony, aby zniewolić ludzkość, bo nie ma takiej potrzeby. Sam zamysł “plandemii” jest wg mnie absurdalny. O tym zresztą pisałem w tekście: Jak rozpoznać fałsz w teoriach spiskowych?
  • Z drugiej strony, nie uważam też, że nie ma na świecie spisków czy ludzi ze złymi intencjami. Istnienie grup interesów usiłujących narzucić reszcie swoją wizję tego, co właściwe, jest tematem starym jak świat, a fakt, że Bill Gates próbuje zmusić mnie do przejścia na weganizm i syntetyczną wołowinę mierzi mnie bardziej niż wypowiedzi prof. Guta.
  • Uważam, że wynalezienie szczepionki to jedno z największych osiągnięć nauki, a COVID-19 jest poważną chorobą (jestem “ozdrowieńcem”) i warto się dobrze zastanowić, czy na pewno chce się ją przejść “naturalnie”.

O omylności nauki, uczonych i ekspertów

W poszukiwaniu obiektywnej prawdy na temat świata materialnego (ale nie świata wartości) metoda naukowa jest póki co najlepszym znanym nam narzędziem. Może nie idealnym, ale lepszego nie mamy. Jednak nie każdy rodzaj wiedzy wyprodukowanej przez naukowców to nauka. A już tym bardziej nie tytuł czyni naukowca.

Niezbędnym elementem metody naukowej jest tzw. replikowalność. Polega ona na przekonaniu, że badanie powtórzone w niemal identycznych warunkach powinno dać prawie te same wyniki. Przykład: jeśli podrzucisz jabłko w jednakowych warunkach ziemskich, to masz 100% pewności, że za każdym razem jabłko spadnie na ziemię. Bo grawitacja. Nie ma znaczenia, czy eksperyment wykonasz w Berlinie, Radomiu czy Burkina Faso.

Niemożność replikacji całego szeregu badań, które nierzadko dały początek nowym dziedzinom badawczym, unaoczniła tzw. “kryzys replikacyjny” w nauce.

Kilka przykładów z brzegu:

O tym, że większość współcześnie publikowanych badań może dawać fałszywe wyniki, przestrzegał już John P. A. Ioannidis w 2005 r. w publikacji “Dlaczego większość publikacji naukowych daje fałszywe wyniki” (tłum. własne).

Oczywiście nie ma co popadać w depresję. Ten tzw. “kryzys replikacyjny” pokazuje tylko, że nauka, w przeciwieństwie do nie-nauki, a tym bardziej anty-nauki i teorii spiskowych, posiada wbudowane mechanizmy samooczyszczające

I te mechanizmy zdają się działać. 

Fakt, nie zawsze w porę, bo czasem odsianie ziarna od plew zajmuje dekady, a w międzyczasie wadliwe badania mogą mieć opłakane skutki dla rzeczywistości (patrz eksperyment więzienny Zimbardo), ale tym bardziej trzeba zachować sceptycyzm i nie dawać się ponieść publicystycznym ochom i achom ogłaszanym na temat “wielkich odkryć”, które nie otrzymały nawet stosownej recenzji i nie zostały odpowiednio zreplikowane.

A już szczególnie należy mieć się na baczności, gdy nauka wykorzystywana jest przez urzędników, polityków, korporacje i aktywistów w imię tzw. “społecznego dobra” i “solidarności społecznej”.

“Kryzys replikacyjny” to nie jedyny grzech, z którego nauka powinna się wyspowiadać. Innymi są m.in.:

  • Rekrutowanie przez korporacje badaczy, którzy pod własnym imieniem publikują korzystne dla korporacji badania w prestiżowych magazynach naukowych.
  • Uciszanie przez instytucje badaczy i ekspertów wyrażających wątpliwości, czyli przejawiających sceptycyzm wobec dominującej opinii.
  • Kontrolowanie obiegu recenzji naukowej (ang. peer review) przez kartele naukowe (patrz Climategate) za pomocą np. bojkotu czasopism, w których publikowane są głosy krytyczne wobec jakiejś hipotezy.
  • Ideologizacja nauki (np. dołączenie Nature do akcji #ShutDownSTEM lub propagowanie przez The Lancet tzw. krytycznej teorii rasy).
  • Wpływanie na lekarzy, by przepisywali konkretne leki, nawet jeśli zdrowie pacjenta tego nie wymaga (np. statyny).
  • Istnienie całych gałęzi “nauk voo-doo”, np. psychologi pozytywnej czy inteligencji emocjonalnej, których głównym celem jest sprzedaż testów oceniających “predyspozycje do sukcesu” i podtrzymywanie przemysłu consultingowego.
  • Presja na innowację generowana przez media i granty, w wyniku której krótkotrwała sensacyjność jest bardziej pożądana od jakościowych badań.

Środowisko naukowe nie jest święte. Jest tak samo zepsute i podatne na korupcję co politycy, Kościół i korporacje. Ot, nieunikniona konieczność historii: wielkie struktury społeczne umożliwiają wielką korupcję.

Jednak głównym problemem nauki jest to, że duża jej część zwyczajnie nie jest nauką.

Tylko polityką.

Z jakiej nauki wzięły się decyzje o lockdownach? Zamykaniu jednych gałęzi gospodarki, a nie innych? Przymusie noszenia przyłbic i maseczek na wolnym powietrzu? Szczepieniach ozdrowieńców, młodych zdrowych i dzieci preparatami nieprzebadanymi pod katem ich długofalowego bezpieczeństwa i skuteczności przeciw chorobie, której globalny współczynnik śmiertelności wśród grup niezagrożonych wynosi mniej niż 0,1%? Paszportach covidowych? Segregacji sanitarnej?

Nie trzeba być klimatycznym denialistą albo “antyszczepem”, aby zauważać polityczne naciski na środowiska naukowe. Za to trzeba być bezdennie pozbawionym refleksji etatystą, aby ignorować zagrożenia wynikające z tego brudnego związku.

O zgubnym wpływie marnych autorytetów

Z jednej strony ostatni rok pokazał, jak potężnym orężem w walce z nieznanymi wyzwaniami przyszłości może być skanalizowany i właściwie ukierunkowany przez globalną politykę wysiłek badawczy uczonych. Stworzenie działających szczepionek w tak krótkim czasie to nie byle co i bez względu na nasz indywidualny stosunek do nich, uważam, że obiektywizm wymaga docenienia tego osiągnięcia.

Jednak upolitycznienie nauki stworzyło też wielką wyrwę w społecznym postrzeganiu źródeł wiedzy eksperckiej. Jeśli nie jesteś “szurem” lub “covidianinem”, to  zostajesz strącony w czeluść świętych ogni oburzenia mających oczyszczać odszczepieńców z herezji.

Nie mogę powiedzieć, że mnie to jakoś szczególnie dziwi. 

Nie można przecież oczekiwać, że społeczeństwo będzie poświęcać dziesiątki godzin na przeglądanie specjalistycznej literatury, aby zrozumieć złożone zagadnienia immunologiczne i epidemiologiczne.

Nauka jest trudna, dlatego musimy w dużej mierze brać ją na wiarę lub polegać na heurystykach wydawania sądów.

Dotyczy to w równym stopniu profesorów, dziennikarzy i monterów UPC. Statystyczny profesor socjologii rozumie się na epidemiologii tyle samo, co dziennikarz i monter. 

Po to właśnie mamy mamy ekspertów i autorytety:

  • Aby tłumaczyli w zrozumiały sposób to, czego nie da się zrozumieć bez setek godzin indywidualnych studiów, na które nie mamy czasu, bo musimy zajmować się codziennym życiem, aby świat się kręcił. 
  • Aby wyjaśniali rzeczywistość i zapewniali względną stabilność w niepewnym świecie, nawet za cenę uproszczenia.
  • Aby monter mógł montować, dziennikarz – dziennikarzyć, a profesor socjologii – socjolożyć.

Koordynacja opinii publicznej z nauką jest kluczową rolą autorytetów i ekspertów, ale nie może odbywać się za pośrednictwem fałszu, demagogii i chamskiej propagandy.

A niestety z takim rodzajem wpływu społecznego mamy najczęściej do czynienia.

Na przykład, pomimo niewątpliwej eksperckości w swojej dziedzinie, jak można poważnie traktować prof. Parczewskiego, który otwarcie nawołuje do wprowadzenia godziny policyjnej dla niezaszczepionych? Jak poważnie traktować prof. Guta, który zrównuje niezaszczepionych z pasożytami? Albo prof. Simona, przekonującego, że wirus na cmentarzu jest śmiertelnie groźny, ale na manifestacji już nie, a później optuje za zmuszaniem os. 65+ do szczepień? Z gimnastyki intelektualnej rzeczonego można by zresztą wyprodukować całą antologię. Do tego szacownego grona warto jeszcze dodać dra Sutkowskiego, który “widziałby wojsko i policję na ulicach”, ale oczywiście nie po to, aby “znęcać się nad ludźmi” – dodaje.

Nie dziwne więc, że co bardziej buntownicza kohorta społeczeństwa przestaje wierzyć w naukę, bo ta jawi im się butą Simonów, Gutów i Parczewskich, pogardą “wykształciuchów” w social mediach i hipokryzją jaśnie oświeconych publicystów dowolnego nurtu.

Uciekają więc do świata anty-nauki, intuicjonizmu i “łączenia kropek”, a tam odnajdują czipy, satelity Elona Muska strzelające w domy starców i jaszczurów z konstelacji DracoCo jest dramatem samym w sobie, bo nawet zła nauka jest lepsza od wiary, że całe zło na świecie jest przemyślanym planem tajemniczej grupy spiskowców dążących do totalnego zniewolenia ludzkości.

Do czego to wszystko prowadzi? Do pogłębienia sceptycyzmu wobec nauki, polaryzacji społeczeństwa i barbaryzacji debaty publicznej. A gdy merytoryka przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę, głównym kryterium oceny wiarygodności wiedzy eksperckiej stają się emocje.

Przede wszystkim strach, który źle skanalizowany, zaciemnia ostrość postrzegania rzeczywistości.

Czym zatem jest współczesny ciemnogród?

W “postępowym” wokabularzu ‘ciemnogrodzianin’ to naogół przedstawiciel konserwatywnej, przywiązanej do tradycji części społeczeństwa. Koniecznie katolik, z małego ośrodka miejskiego, niewybitnie wykształcony. Względnie prawicowiec, ale z pewnością, poza Bogiem, wierzący również w “teorie spiskowe”. Gdy dodatkowo wykazuje skłonności “anty-naukowe”, tj. “nie wierzy w naukę” i “nie ufa uczonym”, ciemnogrodzianina wolno przezwać “szurem”.

“Szurstwo” wybiło jak szambo szczególnie w czasie pandemii SARS-CoV-2. Według szacunków licznych publicystów kochających czytać własne uzewnętrznienia, nawet ponad 50% Polaków to “szury”, a czynnikiem cementujacym przynależność do tego kołtuńskiego grona jest niechęć do szczepień przeciwko SARS-CoV-2 (COVID-19) i/lub sceptycyzm wobec interwencji niefarmakologicznych – blokad, kwarantann, przymusu noszenia maseczek na wolnym powietrzu.

Właściwie nic innego nie ma znaczenia: szurem może być zarówno badacz naukowy podważający zasadność pewnych działań w oparciu o surowe dane badawcze, a także przeciętny Kowalski obawiający się iniekcji czipa. Słowem, każdy, kto odważy się mówić fałszywe świadectwo przeciw postępowi, niech będzie pewny, że go postęp uciszy.

Remedium na wsteczniactwo ma być tylko jedno: “podążanie za nauką”. Fakty lub ich brak, a także poczciwy chłopski rozum mają znaczenie drugorzędne.

Gdy pozwolimy tej prostej prawdzie wsiąknąć wystarczająco głęboko, okaże się, że szurstwem nie jest noszenie dwóch maseczek mimo przebycia choroby i zaszczepienia. Nie jest nim też ubieranie się w kostium astronauty przed wyjściem po cebulę do warzywniaka czy samotne błąkanie się po lesie z maseczką na twarzy. Z pewnością objawem racjonalizmu jest potrzeba zaszczepienia własnego dziecka na chorobę, która mu nie grozi, preparatem nie przebadanym pod kątem długofalowego bezpieczeństwa.

W tym tragikomicznym bajzlu pojęciowym zdaje się umykać podstawowy fakt, że zarówno wiara w naukę jak i uczonych jest postawą z gruntu anty-naukową i o ile nieskrępowana konwenansem wędrówka umysłu nie zawsze prowadzi do prawdy, a można wręcz zaryzykować twierdzenie, że najczęściej wiedzie na manowce, to dla prawdziwego naukowca pewne jest tylko to, że (prawie) nic nie jest pewne.

Sceptycyzm dla metody naukowej jest jak tlen dla człowieka: jego nadmiar jest toksyczny, ale brak – zabija.

Dziś, w czasach rzekomego tryumfu rozumu i nauki nad zabobonem i uprzedzeniem, obserwujemy odwrót od sceptycyzmu i przerzutowy nawrót zabobonu.

Zabobonu nowego sortu. Nazwijmy go scjentyzmem politycznym. 

Kultyści scjentyzmu politycznego, żywiący pogardę dla człowieka, wolności i rozumu, stanowią trzon nowoczesnego ciemnogrodu.

Nowoczesny ciemnogród jest niezdolny do afirmacji życia i zaakceptowania śmierci, dlatego aby uciec przed bolesną niepewnością poznawczą na temat otaczającej go rzeczywistości, uzależnia się od coraz to liczniejszych wskazówek ekspertów.

W zaślepieniu zdaje się jednak nie zauważać, że eksperci to też ludzie. Ludzie nierzadko bardziej podatni na procesy gnilne wielkich organizmów społecznych niż prosty “szur-Kowalski” o wąskich horyzontach.

Czy wśród tych procesów gnilnych można jeszcze odnaleźć zdrową tkankę ekspercką? Tak, można. Trzeba tylko rozglądać się za osobami korzystającymi z następujących fraz: nie wiemy; byliśmy w błędzie.

O węgierskim lekarzu, który uraził kolegów po fachu.

W XIX-wiecznej Austrii, węgierski lekarz Ignaz Semmelweisi zauważył, że w jednym z jego szpitali szaleje wysoka śmiertelność. Wykoncypował, że gdyby chirurdzy myli dłonie między operacjami, kostusze żniwa byłyby mniejsze.

Podzielił się więc swoją hipotezą z kolegami po fachu zapewne wierząc, że dzięki wprowadzeniu tej jakże prostej innowacji zatrzyma ulatujące ze szpitali dusze. Jednak ku swemu zaskoczeniu nie tylko nie spotkał się ze zrozumieniem, ale wręcz oberwało mu się za sugerowanie chirurgom braku higieny. 

Po wielu latach syzyfowych przekonywań finalnie miał się Semmelweis poddać i trafić do instytutu z pokojami bez klamek. Dopiero 20 lat później odkrycia Pasteura potwierdziły hipotezę Semmelweisa. Ten już jednak wyzionął był ducha.

Czy dla ówczesnych “oświeconych” i “podążających za nauką” Semmelweis mógł być “szurem”? Pewnie tak. Czy dzisiaj “szurem” go widzimy? Pewnie nie. Pomimo że historia filozofii i nauki obfituje w podobne świadectwa, ot wspomnijmy chociażby Galileusza, to dziś, w czasach rzekomego “tryumfu rozumu i nauki”, zabobon ma się lepiej niż kiedykolwiek w dziejach cywilizacji łacińskiej.

Czy jest na to jakieś remedium? 

Tak.

Pokora wobec nieznanego, odwaga mówienia prawdy i szacunek do bliźniego.

Przeczytaj również:

  1. Segregacja sanitarna: niezdrowe lekarstwo na strach przed rzeczywistością
  2. Czym jest racjonalizm i metoda naukowa?

__

Zdjęcie autorstwa cottonbro z Pexels
Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Psycholingwista specjalizujący się w technikach obrony przed manipulacją, perswazją i propagandą. Zawodowo - ekspert marketingu cyfrowego. Zadeklarowany racjonalista, sceptyk i niezadeklarowany stoik. Ukończył językoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze