czlowiek.info

Akceptacja i samoakceptacja. Jak zaakceptować siebie i rzeczywistość?

Akceptacja to jedna z bardziej zagmatwanych koncepcji serwowanych przez popularną psychologię, której zawiłości nastręczają cały szereg problemów. Jednym z nich jest choćby to, że bezkrytyczne stosowanie się do postulatu “Po prostu zaakceptuj siebie” może skutecznie odebrać człowiekowi narzędzia do rozwoju osobistego, społecznego i zawodowego, nomen omen pogłębiając w nim to, co usiłuje wyleczyć ową samoakceptacją.

Spróbujmy więc nadać sens tej zamglonej rzeczywistości i wypracować jakieś kryteria, wedle których “akceptacja” może stać się orężem w nierównej walce z chaosem wszechświata.

Spis treści:

  • Co to znaczy “akceptacja” i “samoakceptacja”?
  • Jak rozmawiać ze swoimi demonami?
  • Jak wpływać na rzeczywistość?
  • Jak zaakceptować siebie?
  • Jak zaakceptować swoje wady?
  • Jak zaakceptować rzeczywistość?

Co to znaczy “akceptacja” i “samoakceptacja”?

Według APA, akceptacja to:

  1. przychylny stosunek do idei, sytuacji, osoby lub grupy. W kontekście psychoterapii i poradnictwa psychologicznego to receptywna (odbiorcza), nieoceniająca postawa terapeuty będąca wyrazem domyślnego szacunku i wzglądu dla swoich pacjentów jako osób.
  2. dobrowolne uznanie ważności lub poprawności. W kontekście terapii uzależnień ważne jest, aby osoba zaakceptowała fakt, że ma problem, zanim jakiekolwiek interwencje będą skuteczne[1].
  3. (dot. samoakceptacji) względnie obiektywne poczucie lub uznanie własnych zdolności i osiągnięć, wraz z uznaniem i akceptacją własnych ograniczeń. Akceptacja siebie jest często postrzegana jako główny składnik zdrowia psychicznego[2].

Z powyższych definicji (2, 3) można wnioskować, że –

akceptacja jest dobrowolnym przyjęciem do wiadomości jakiegoś faktu na temat rzeczywistości lub – w przypadku samoakceptacji – na swój temat.

(Definicję 1. wykreśliłem z równania, ponieważ dotyczy specyficznej relacji terapeuta – pacjent, która rządzi się innymi prawami niż relacja pacjent – rzeczywistość. Na przykład: czy stosunek terapeuty do pacjenta bijącego żonę powinien być taki sam, jak stosunek bitej żony do bijącego? Jeśli istnieją wątpliwości w tym zakresie, to spieszę wyjaśnić, iż nie).

Z definicji akceptacji nie wynika, że do zaakceptowania jakiegoś faktu lub siebie niezbędne jest dalsze działanie. Ot, akceptacja jest po prostu próbą uznania za rzeczywisty jakiegoś stanu faktycznego lub naszego mniemania o tym, jaki ten stan faktyczny jest.

Korzystając z baśniowej metaforyki, akceptację można zatem rozumieć jako wrota do rzeczywistości: zamknięte uniemożliwiają konfrontację z demonami; otwarte – umożliwiają demonom dostęp do wnętrza.

Po co otwierać wrota ryzykując poturbowanie przez demony, skoro można sobie bezpiecznie siedzieć w baszcie i wymyślać im z dystansu? Otóż, oblężone twierdze mają w zwyczaju padać z powodu wyczerpania zapasów lub zarazy.

Dlatego zamiast kisić się w zatęchłej twierdzy wyparcia, trzeba wpuścić demony i zachęcić je do kulturalnej polemiki.

Jak rozmawiać ze swoimi demonami?

Ok, otworzyliśmy wrota. Powiedzieliśmy “akceptuję”. I co dalej? Tu pojawia się problem, bo jeśli mówię: “akceptuję, że mąż mnie bije”, to może się wydawać, jakby mówiąca co najmniej czerpała z tego powodu jakąś zwyrodniałą satysfakcję.

Cały ambaras bierze się niestety z wadliwości wyrazu ‘akceptacja’, który intuicyjnie przywodzi (względnie może przywodzić) na myśl ‘zgodę’ lub ‘afirmację’.

Spójrzmy do słownika języka polskiego PWN[3]:

akceptacja

  1. «aprobata»
  2. «formalna zgoda na coś»
  3. «pogodzenie się z czymś, czego nie można zmienić»
  4. «uznanie czyichś cech, czyjegoś postępowania za zgodne z oczekiwaniami»

Czyli: jeśli coś akceptuję, to się na to zgadzam, a wręcz uznaję za pożądane. Z drugiej strony (3), mamy akceptację graniczącą z wyuczoną bezradnością.

Problem jeszcze lepiej widać, gdy zerkniemy na synonimy dla wyrazu ‘akceptować’: pozwalać, upoważniać, dopuszczać, tolerować, przyklaskiwać, godzić się, wyrażać zgodę[4], itp.

Niestety, ale ‘akceptować’ to fatalny wyraz, który tylko wzmacnia tragizm pomieszaniowo-poplątaniowy, dlatego proponuję kilka precyzyjniejszych zamienników:

  • przyznaję że… (rekomendowany)
  • uznaję fakt…
  • przyjmuję do wiadomości że…

Czyli, myśląc “akceptuję…”, myślę “przyznaję że…”, a nie “zgadzam się na…” lub “pozwalam…”.

Dostrzeż różnicę:

  • “Akceptuję, że mąż mnie bije” i “Przyznaję, że mąż mnie bije”
  • “Akceptuję swoje wady” i “Przyznaję, że mam wady”
  • “Akceptuję zło na świecie” i “Przyjmuję do wiadomości, że zło istnieje”.

Dzięki powyższemu urozmaiceniu wokabularza, możemy powiedzieć tak:

Przyznaję, że mąż mnie bije, ale nie akceptuję tego, dlatego wystąpię o rozwód.

Czyż nie ma to więcej sensu? Albo:

Przyznaję, że mam wiele nieakceptowalnych wad, dlatego będę nad sobą pracować, aby czuć, że jestem wartościową osobą.

Dlaczego tyle czasu spędzam na analizie języka?

Ponieważ rozważając problemy na ogół werbalizujemy je w głowie, czyli po prostu gadamy do siebie. Z kolei język, którego używamy, wpływa na to, co z tej całej gadaniny rozumiemy.

Aby porozumieć się z sąsiadem, musimy używać zrozumiałego dlań języka. Skąd pomysł, że inne reguły obowiązują, gdy rozmawiamy ze sobą?

Dzięki opisanej wyżej zmianie leksykalnej, unikamy absurdu, który z przyczyn tylko i wyłącznie formalnych uniemożliwia nam wyrażenie niezgody i niezadowolenia z powodu jakiegoś nieakceptowalnego faktu

Tak, fakty mogą być nie do zaakceptowania, ale żeby być w stanie wyrazić dezaprobatę, trzeba mieć do tego narzędzia!

Rzeczywistości nie należy akceptować, jeśli jest zgniła i zatęchła

Jeśli czynisz zło, to nie wmawiaj sobie, że to zaledwie Twoje czyny są złe, jakby co najmniej czyny czyniły się same.

Jeśli partia, którą popierasz, kradnie, to nie wmawiaj sobie, że wszyscy kradną i trzeba to zaakceptować, bo będą kradli jeszcze więcej.

Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie akceptuje zasmrodzonego pomieszczenia, jeśli może otworzyć okno i przewietrzyć atmosferę. Podobnie jest z rzeczywistością: jeśli trudno złapać w niej oddech, to należy ją przewietrzyć. 

Problem oczywiście pojawia się, gdy nie można otworzyć okna.

Jak przewietrzyć rzeczywistość, jeśli w pomieszczeniu nie ma okien?

Często słyszę od ludzi, że czegoś się nie da. A jak pytam, czy próbowali, to odpowiadają, że nie. Dlaczego? No, bo się nie da.

Później przychodzi ktoś, kto nie wie, że się nie da, i mu się udaje.

Oczywiście, nie jest tak, że wszystko się da, ale też nie jest tak, że niczego się nie da.

Jeśli w pokoju w lecie jest duszno, ale nie możesz otworzyć okna, to uruchamiasz wentylator. Jak nie masz wentylatora, to odpalasz wiatrak. Jak nie masz jednego i drugiego, to bierzesz zeszyt i się wachlujesz. Brak zeszytu? Masz dłoń. Wachluj się. Lato nie trwa wiecznie.

Tak, wachlowanie się wymaga wysiłku.

Życie wymaga wysiłku.

Może jak się produktywnie dowachlujesz do jesieni, to uda Ci się wymienić okna na takie z lufcikiem?

Często rezultaty działania są tak wątłe, że zwyczajnie ich nie zauważamy, albo zniechęcamy się, bo oczekiwaliśmy wielkich mecyjów.

Na przykład, wielu nie uczestniczy w wyborach, bo rzekomo wybory nic nie zmieniają. No, może nie zmieniają nic natychmiast, ale zmieniają wiele w dłuższej perspektywie. Brak jakiegokolwiek działania z pewnością nic nie zmienia! Chyba że na gorsze. To na pewno.

Ale, czy gdyby w ten sposób myśleli Polacy po rozbiorach, to czy kiedykolwiek moglibyśmy się cieszyć ponownym odrodzeniem Matczyzny w XX wieku? Przecież kilka pokoleń Polaków ciężką, mozolną, ale wytrwałą pracą organiczną budowało przyszłą niepodległość nie zrażając się wątłymi jak słomka rezultatami swych wysiłków. Większość z nich niepodległości, o której marzyli, nie dożyło.

Ale dzięki ich pracy ta w końcu się zmaterializowała.

Akceptacja? Ok. Ale dodatkowo – praca, cierpliwość i pokora.

Jak zaakceptować siebie?

Korzystając z powyższych przemyśleń, spróbujmy rozwiązać problem tytułowy.

Aby coś “zaakceptować”, wypadałoby najpierw zrozumieć, czym owe coś jest. W przypadku “siebie”, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, “kim jestem”.

Ponieważ jest to bardzo ogólne pytanie i nie sposób na nie odpowiedzieć unikając kabaretowych odpowiedzi, rozbijamy je na pytania szczegółowe:

  • Kim chcę być?
  • Kim nie chcę być?
  • Jakie są moje silne strony?
  • Jakie są moje słabe strony?
  • Do czego dążę w życiu?
  • Gdzie nie chcę skończyć?
  • Jakimi wartościami się kieruję?
  • Czy wartości, którymi się kieruję, pozwalają mi zostać człowiekiem, którym chcę być?
  • Czy człowiek, którym chcę być, jest człowiekiem wartym naśladowania?
  • Jak daleko jestem od bycia tym człowiekiem?

Warto sobie uzmysłowić, że nie ma czegoś takiego jak “statyczne ja”, uwięzione w zmarzlinie teraźniejszości, które możesz raz zaakceptować i mieć z głowy. “Ty” jesteś sumą swoich przeszłych doświadczeń, stopklatką między tym, czym byłeś/aś, a tym, czym będziesz, stanem przejściowym między różnymi wyobrażeniami siebie.

Niemożność “zaakceptowania” siebie bardzo często wynika z niezdolności do określenia, kim właściwie się jest i do czego się dąży

Zatem, określ kim chcesz być i zacznij tworzyć siebie.

Nie będzie łatwo, nie zawsze będzie przyjemnie. Będziesz wątpić, rozpaczać, a nawet będziesz chcieć dać za wygraną. Jeśli mimo to wytrwasz w postanowieniu, to z każdym dniem, z każdym działaniem i z każdym oddechem poświęconym na stawanie się tym, kim chcesz być, zbliżysz się do sytuacji, w której z satysfakcją spojrzysz na swoje przeszłe doświadczenia i (może) powiesz: akceptuję siebie, bo jestem wartościową osobą.

W każdym innym przypadku “akceptowanie” siebie jest pustą afirmacją. Jeśli bowiem nie lubisz siebie, to ustal, czego konkretnie nie lubisz, dlaczego nie lubisz i to napraw. Wmawianie sobie, że się akceptuje coś, czego się podskórnie nie akceptuje, prowadzi tylko i wyłącznie do rozczarowań.

Co istotne, najczęściej mówiąc “nie akceptuję siebie” nie mamy na myśli całych siebie, ale jakiś konkretny aspekt, np. wygląd lub samotność. Jednak negatywnie odczuwane emocje związane z tym właśnie wycinkiem naszego wyobrażenia o sobie bywają tak silne, że przyćmiewają racjonalne myślenie i każą nam sądzić, że skoro w jednym obszarze daleko nam do ideału, to cała reszta nie ma znaczenia.

I jest to kardynalny błąd. 

Poza tym, co w Twoim (przypuszczalnie nadwyrężonym) przeświadczeniu dyskwalifikuje Cię jako człowieka, jest jeszcze cały wszechświat rzeczy, które stanowią o Twojej wartości, ale nie bierzesz ich w ogóle pod uwagę, bo cierpisz na selektywną fiksację.

Jak zaakceptować swoje wady?

W jakim konkretnie celu chcesz akceptować swoje wady? Nad wadami trzeba wytrwale pracować, aby stawać się lepszym człowiekiem.

Załóżmy, że masz problemy z punktualnością i nagminnie spóźniasz się na spotkania tym samym marnując czas innych ludzi, pokazując brak szacunku wobec nich i – co gorsza – pokazując własne niedomagania. Czy wedle recepty Doktora Beztroskiego należałoby ten stan zaakceptować i spóźniać się do woli na kolejne spotkania, bo opinia innych nie powinna wpływać na Twoje samopoczucie?

Albo załóżmy, że „cierpisz” na lenistwo i nie potrafisz wziąć się do produktywnej roboty, przez co większość czasu marnujesz na tanią rozrywkę, scrollowanie smartfona w poszukiwaniu pięknych stylizacji na piątkowe piwobranie lub po prostu irytowanie ludzi w Internecie wypowiadaniem się na tematy, o których nie masz pojęcia. Czy to jest ta wada, którą chcesz zaakceptować?

Podjadasz. Często, gęsto i bez opamiętania. Twoje zdrowie pozostawia wiele do życzenia, co odbija się nie tylko na stanie Twoich narządów wewnętrznych, ale również na atrakcyjności fizycznej (Twojej, zewnętrznej; narządy nie są przesadnie piękne). Nie oszukuj się – chcesz czuć się atrakcyjnie i nie ma w tym nic złego. Co więc robisz? Akceptujesz siebie kontynuując autodestrukcyjny tryb życia, czy bierzesz się w garść i podejmujesz próbę zmiany na lepsze?

Akceptacja nie ma tu nic do rzeczy, dlatego przestań się oszukiwać, wróć do góry i odpowiedz sobie na 10 pytań postawionych w rozdziale “Jak zaakceptować siebie”.

Jak zaakceptować rzeczywistość?

Pytanie zostało źle postawione, dlatego spróbuj zadać je inaczej. Na przykład:

Które aspekty rzeczywistości stanowią dla mnie problem?

Czy problemem jest rzeczywistość, czy może nie odpowiada mi jakiś jej konkretny aspekt?

Rzeczywistość umożliwiła Twoje istnienie, więc chyba jednak coś pozytywnego z niej wynika?

Może tak naprawdę “nie akceptujesz siebie”? W tym wypadku wróć do góry.

Może nie “akceptujesz” swojego wyglądu? Jeśli tak, to przejdź tutaj.

Może masz depresję i wszystko wydaje Ci się bez sensu?

Może jesteś typem osobowości neurotycznej?

 Przeczytaj: Neurotyczność: co to takiego i jak DOBRZE z nią żyć?

Może masz problemy z asertywnością, samoregulacją, lękiem?

 Przeczytaj: Jak być ASERTYWNYM? Asertywność w pigułce

Może jesteś leniwy/a i za swoje niedomagania winisz “rzeczywistość”?

Może jesteś osobą roszczeniową i uważasz, że Ci się należy? Bo koledzy i koleżanki mają, a Ty nie?

 Przeczytaj: Człowiek roszczeniowy: kim jest i jak go ujarzmić?

Możliwości jest nieskończenie wiele.

Z pewnością rzeczywistość sama w sobie nie jest problemem, dlatego doprecyzuj jak najuczciwiej pytanie i dopiero wtedy spróbuj udzielić na nie odpowiedzi.

Nie akceptuj siebie. Stać Cię na więcej!

Akceptacja i samoakceptacja to koncepcje, wokół których narosło wiele niejasności i niedorzeczności wynikających z postępującej degradacji nauk humanistycznych i sukcesywnego wypierania etyki jako takiej przez korporacyjno-coachingowy bełkot.

Bo oto lekarstwem na wszelkie rozterki wewnętrzne ma być przyjmowanie rzeczywistości taką, jaką jest, bez umieszczania wydarzeń na skali dobro – zło, wstrzemięźliwość od oceniania i powtarzanie sobie w myślach jak papuga afirmacyjnego pustosłowia, że “nie jestem złą osobą, tylko moje czyny są złe”.

Otóż nie. Dobro i zło istnieją i można je zobiektywizować. Czyny, decyzje, wydarzenia mogą być złe i często w istocie są złe. Rzeczywistość bywa zgniła i zatęchła. A niegodne czyny same się nie czynią, jakby były oderwane od ciała i umysłu czyniącego. Czynisz źle? Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że jesteś złą osobą.

Akceptacja rozumiana w kategoriach jakiejś bezkształtnej gąbki wchłaniającej wszelki nierząd codzienności jest trucizną ducha i społeczeństwa. Nie należy jej praktykować. Dlaczego więc mamy dziś taki problem z właściwym postępowaniem, a przewodnictwa upatrujemy w prostych jak zupka chińska poradach z internetu?

Ponieważ nie posiadamy właściwych wzorców postępowania i kryteriów oceny rzeczywistości. Nie dziwne zresztą, że ich nie mamy. W świecie, w którym “wszystko jest względne”, a jedyna prawda to “prawda osobista” prowadząca do dobrego samopoczucia, można się pogubić.

Sam się czasem gubię.

Ostatecznie, najwyższą formą akceptacji jest po prostu przyznanie przed sobą, że zawsze można być lepszym człowiekiem.

Inne teksty z cyklu “Jak zaakceptować…”

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Psycholingwista specjalizujący się w technikach obrony przed manipulacją, perswazją i propagandą. Zawodowo - ekspert marketingu cyfrowego. Zadeklarowany racjonalista, sceptyk i niezadeklarowany stoik. Ukończył językoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze

  • Adamie czytanie twoich artykułów to prawdziwa uczta intelektualna.Głęboko przemyślane i rozsadnie, rzeczowo argumentowanie tezy.Dziękuję!

  • Często takiej bezrefleksyjnej akceptacji siebie towarzyszy postawa “to mi się należy, zasługuję na więcej”. I prowadzi do bierności a dalej frustracji z powodu tego, że świat ciągle mnie nie docenia, że szczęście nie przyszło, że nie mam ciągle tego idealnego partnera. Pośrednio pisałeś już zresztą o tym.
    Zaakceptować w sobie to, czego zmienić się nie da, a poprawiać to, co zmienić się da. Na lepsze. Buddyzm 🙂 Szczęście nie przychodzi, bo nie ma nóg, szczęśliwe życie możemy sobie stworzyć sami, bez względu na zewnętrzne okoliczności. Nawet to zbadano: http://neuropsychologia.org/co-czyni-nas-szcz%C4%99%C5%9Bliwymi
    Trochę poszedłem w dygresję, ale chyba nie za głęboko.

    • Człowiek istota społeczna – bez innych ani rusz. Dlatego często piszę o wzajemności i roszczeniowości, bo jeśli nie potrafimy stosować się do reguł, które kształtowały naszą etykę od setek milionów lat, to marne mamy szanse na prowadzenie jakościowego życia.

      P.S. Co do zasady staram się unikać słowa “szczęście”, bo narosło wokół niego za dużo dziwnych hipotez.

  • Nie do końca się zgodzę, uważam, że akceptacja jest pierwszym krokiem ku wprowadzeniu zmian. Jeśli np. oszukuje sam siebie i nie mówię sobie prawdy o tym, że dla przykładu notorycznie się spóźniam. Wypieram to ze swojej głowy, zawsze szukam w sobie wymówek, że znowu jakaś zewnętrzna siła mi przeszkodziła, to to właśnie według mnie jest brak akceptacji. To jest tworzenie iluzji na swój temat. Natomiast jeśli zaakceptuje fakt, że tak, rzeczywiście notorycznie się spóźniam, wiem o tym. Akceptuje w pełni to, że taki jestem, zauważam to, bez oszukiwania siebie i wypierania tego. To dopiero wtedy mogę zacząć pracę nad zmianom tego nawyku. Taki jestem i od dziś zaczynam zmianę. Ja w takiej formie rozumiem akceptowanie siebie. Nie jako coś biernego, ale jako pierwszy krok ku pracy nad sobą i zmianie swoich nawyków, które mi nie służą.