akceptacja psychologia

Akceptacja. Jak zaakceptować siebie?

Akceptacja to bohater motywacyjny XXI wieku, którego dumna peleryna szczęścia okrywa mroki egzystencji przynosząc beztroskę, radość i spełnienie. „Zaakceptuj siebie!” – krzyczą okładki magazynów motywacyjnych nawołując do emocjonalnego oczyszczenia. „Nie przejmuj się opinią innych!” – dodają, po czym zapewniają, że Ty wiesz najlepiej, czego potrzebujesz.

Problem w tym, że przypuszczalnie wcale nie wiesz.

Skąd to wiadomo? Bo właśnie czytasz ten tekst.

Czego nie potrafimy zaakceptować?

Sugestie wyszukiwań w Google malują następujący obraz:

akceptacja

Zapytania w anglojęzycznym Internecie są dość podobne, więc na potrzeby tej rozprawy uznamy, że cały zachodni świat, poza trudnościami z akceptacją regulaminu na Allegro, ma te same problemy.

Pierwszy wniosek, jaki rzuca się w oczy po szybkiej „analizie” powyższego zestawienia, to że pytamy głównie o akceptację siebie, do której to kategorii należy włączyć samotność, lęk, swoje wady, przeszłość partnerki, rozstanie, rzeczywistość i przypuszczalnie ¾ pozostałych zapytań nie mieszących się na liście powyżej.

Dwa zapytania, o które można by się ewentualnie pospierać, to ‘przeszłość partnerki’ i ‘rzeczywistość’. Chociaż wcale nie uważam, że wypada, bo cokolwiek jest nie tak z np. partnerką (lub rzeczywistością tak na dobrą sprawę), to przedmiotem rozważań nie jest w istocie owa przeszłość partnerki (czy wadliwość rzeczywistości), tylko system wartości osoby będącej na rozdrożach akceptacji. Załóżmy na przykład, że partnerka ma historię zdradzania swoich lubych i my, jako nowi partnerzy, wiemy o tym. Pytając, czy powinniśmy zaakceptować jej wadę pytamy w rzeczywistości, czy mamy w sobie na tyle odwagi, aby jej zaufać. Akceptacja nie ma tu więc nie do rzeczy, jest natomiast przyjemnym określeniem nieprzyjemnego problemu. Znaleźć w sobie odwagę, aby zaufać osobie, której zdrowy rozsądek nakazuje nie ufać, to nie lada osiągnięcie.

Jak zaakceptować rzeczywistość?

Zacznijmy od tego, że to, czego nie akceptujesz w rzeczywistości, najprawdopodobniej jest Twoją indywidualną interpretacją jej wycinka, a nie jej obiektywnym stanem. Rozumiejąc ten subtelny niuans łatwiej jest przyjąć do wiadomości, że zamiast kłopotać się akceptacją czegoś tak piekielnie skomplikowanego jak rzeczywistość, należałoby raczej określić, czy problem faktycznie istnieje w takiej postaci, w jakiej się nam jawi.

Rozważmy na przykład następujące problemy, jakie można mieć z rzeczywistością:

  1. Jak zaakceptować, że ludzie niszczą naszą planetę?
  2. Jak zaakceptować, że tylu ludzi na świecie żyje w ubóstwie?
  3. Jak zaakceptować, że wszystko jest takie przygnębiające?

Aby odnieść się do problemu w punkcie nr 1, należałoby najpierw dobrze zdefiniować, co to właściwie znaczy, że „ludzie niszczą planetę”? Jest to o tyle istotne, że z uwagi na złożoność problemu, który imaginacją bynajmniej nie jest, co bardziej introwersyjne i neurotyczne osoby mogą mieć skłonność do rozdmuchiwania owego „niszczenia” do rozmiarów apokaliptycznych. Tymczasem nie ma podstaw, aby twierdzić, że za rok wszystko będzie skończone, trzeba pakować manatki i zwiewać do sąsiedniej galaktyki. Jak mówi Kate Marvel, klimatolog z Uniwersytetu Kolumbia, między „końcem świata” a „nic się nie stało” jest cała przestrzeń na działanie[1], które – tak na marginesie – próbujemy podejmować. I jest to cud, biorąc pod uwagę, że jeszcze przed chwilą zrzucaliśmy na siebie bomby i wysyłaliśmy do komór gazowych. Ludzkość ma wady, ale uczy się na swoich błędach.

Ubóstwo? Lekko nie jest, ale spójrz na to z innej perspektywy: według Banku Światowego, w ciągu ostatnich 25 lat ponad 1 miliard ludzi wydźwignęło się ze skrajnego ubóstwa, a globalna skala ubóstwa jest aktualnie najniższa w historii[2]. Może nie jest tak źle, jak Ci się wydaje, co? A jeśli nadal uważasz, że jest, to może zamiast silić się na akceptację „rzeczywistości” znajdź rodzinę żyjącą w skrajnym ubóstwie i wesprzyj ją w efektywny sposób? Poprawisz życie kilku osób i przy okazji statystykę.

Jeśli zaś chodzi o problem nr 3, skoro wszystko Cię przygnębia, to przypuszczalnie masz dystymię, depresję, problemy autoimmunologiczne, niefortunną kombinację wysokiej neurotyczności i introwersji, albo wszystko naraz. Daj rzeczywistości spokój i poszukaj dobrego dietetyka i psychoterapeutę. Osobiście sugeruję zacząć od dietetyka.

Bardzo możliwe, że pytając o rzeczywistość, zupełnie świadomie tworzysz zasłonę dymną, za którą kryje się pytanie, „jak zaakceptować siebie”. O ile nie zmienia to istoty samej rozprawy i problemu, który próbujemy rozwiązać, to sposób zadawania pytań bardzo często jest problemem samym w sobie, bo pokazuje, że wstydzimy się danego zagadnienia. Na przykład zdarza się, że odczuwając samotność, zapytamy, co zrobić, aby nie być smutnym. Unikamy w ten sposób pytania o samotność, bo samo pojęcie wzbudza w nas jakieś obawy. Wiemy podskórnie, że smutek wynika z samotności, ale unikamy mówienia o nim wprost.

Niestety, ale nie otrzymasz dobrej odpowiedzi na źle zadane pytanie. Jeśli chcesz rozwiązać jakiś problem, musisz go najpierw odpowiednio nazwać. Czasem to wystarczy, aby go rozwiązać. Ale tylko czasem.

No więc, jak zaakceptować siebie?

W pierwszej kolejności zastanówmy się, skąd pomysł, że należy „akceptować siebie”. Bo co to właściwie znaczy?

Pomyślmy nad tym odrobinę. Załóżmy, że masz problemy z punktualnością i nagminnie spóźniasz się na spotkania tym samym marnując czas innych ludzi, pokazując brak szacunku wobec nich i – co gorsza – pokazując własne niedomagania. Czy wedle recepty Dra Beztroskiego należałoby ten stan zaakceptować i spóźniać się do woli na kolejne spotkania, bo opinia innych nie powinna wpływać na Twoje samopoczucie?

Albo załóżmy, że „cierpisz” na lenistwo i nie potrafisz wziąć się do produktywnej roboty, przez co większość czasu marnujesz na tanią rozrywkę, scrollowanie smartfona w poszukiwaniu pięknych stylizacji na piątkowe piwobranie lub po prostu irytowanie ludzi w Internecie wypowiadaniem się na tematy, o których nie masz pojęcia. Czy to jest ta cecha, którą masz zaakceptować, bo bez tego ani rusz, a opinia innych nie ma znaczenia?

Podjadasz. Często, gęsto i bez opamiętania. Twoje zdrowie pozostawia wiele do życzenia, co odbija się nie tylko na stanie Twoich narządów wewnętrznych, ale również na atrakcyjności fizycznej (Twojej, zewnętrznej; narządy nie są przesadnie piękne). Nie oszukuj się – chcesz czuć się atrakcyjnie i nie ma w tym nic złego. Co więc robisz? Akceptujesz siebie kontynuując autodestrukcyjny tryb życia, czy bierzesz się w garść i podejmujesz próbę zmiany na lepsze?

Bijesz żonę. Zdradzasz partnera. Akceptujemy?

Chyba nie. Wydaje się więc, że „akceptowanie siebie” z całym pakietem wad nie jest najrozsądniejszym pomysłem. Nad wadami należy pracować, aby nie było konieczności ich akceptowania.

Nie mylmy więc „akceptacji” z „wymówką”.

Są jednak sytuacje obiektywne. Straciłeś/aś nogę? Obie? Ręce też? Nie masz oka? Urodziłeś/aś się niewidomy/a? Masz zdeformowaną twarz? Niskie IQ? Genetyczną wadę serca albo chorobę bez lekarstwa?

Odrobinę akceptacji z pewnością się przyda. Tylko czy to wystarczy?

W poszukiwaniu ulotnego sensu

Nawet młodzi, piękni i wykształceni chorują na depresję i odbierają sobie życie. Ma to pewnie związek z faktem, że młodość, piękno i wykształcenie nie są gwarantami szczęśliwego życia. Pomagają, jasne. Fajnie też mieć obie nogi i ręce, a nawet zdrowe serducho.

Ale nie zawsze się ma. Dlatego warto znaleźć sobie wartościowy cel. (Jak to zrobić? Wyjaśniam w 7 kroków do samodyscypliny). Bez względu na okoliczności. Cel daje poczucie sensu. Bierna akceptacja to droga do osobistego piekła, w którym jeśli jeszcze nie jesteś, to z pewnością będziesz.

Akceptacja musi iść w parze z konkretnym działaniem.

Zostań ekspertem w jakiejś dziedzinie. A w najgorszym wypadku bądź w czymś dobry/a. Na tyle dobry/a, aby inni mogli się od Ciebie uczyć. O ile nie jesteś w stanie przykleić sobie nowych nóg czy zwiększyć IQ, o tyle możesz się nauczyć czegoś, co da Ci poczucie wartości.

Owe poczucie będzie rosło wraz z osiągnięciami.

Ale osiągnięcia wymagają pracy i poświęceń.

Weź się więc do roboty i poświęć teraźniejszość dla lepszej przyszłości.

Ile teraźniejszości musisz poświęcić? Cały dzień? Miesiąc? Rok? Dziesięć? Tyle ile trzeba! Istnieje ryzyko, że nie uda Ci się osiągnąć zamierzonego celu, ale jeśli przyjrzysz się dokładnie, to zauważysz, że droga przebyta nawet do tego niezrealizowanego celu nauczyła Cię czegoś nowego, wzmocniła Cię, zmieniła jako człowieka.

Z czasem dostrzeżesz, że nie zadajesz już sobie pytania, „jak zaakceptować siebie”, bo suma wszystkich wartościowych rzeczy, jakich dokonałeś/aś przeważa szalę życiowych zmagań na tę odrobinę jaśniejszą stronę.

Być może od samego początku nie chodziło o akceptację siebie, tylko o stanie się wartościową osobą?

Ostatnia aktualizacja: 23.02.2020

__

[1] https://blogs.scientificamerican.com/hot-planet/climate-change-were-not-literally-doomed-but/

[2] https://www.worldbank.org/en/news/press-release/2018/09/19/decline-of-global-extreme-poverty-continues-but-has-slowed-world-bank

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Językoznawca specjalizujący się w procesach poznawczych człowieka ze szczególnym uwzględnieniem wpływu języka na wybory moralne jednostki. Ukończył językoznawstwo kognitywne na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze

  • Adamie czytanie twoich artykułów to prawdziwa uczta intelektualna.Głęboko przemyślane i rozsadnie, rzeczowo argumentowanie tezy.Dziękuję!

  • Często takiej bezrefleksyjnej akceptacji siebie towarzyszy postawa “to mi się należy, zasługuję na więcej”. I prowadzi do bierności a dalej frustracji z powodu tego, że świat ciągle mnie nie docenia, że szczęście nie przyszło, że nie mam ciągle tego idealnego partnera. Pośrednio pisałeś już zresztą o tym.
    Zaakceptować w sobie to, czego zmienić się nie da, a poprawiać to, co zmienić się da. Na lepsze. Buddyzm 🙂 Szczęście nie przychodzi, bo nie ma nóg, szczęśliwe życie możemy sobie stworzyć sami, bez względu na zewnętrzne okoliczności. Nawet to zbadano: http://neuropsychologia.org/co-czyni-nas-szcz%C4%99%C5%9Bliwymi
    Trochę poszedłem w dygresję, ale chyba nie za głęboko.

    • Człowiek istota społeczna – bez innych ani rusz. Dlatego często piszę o wzajemności i roszczeniowości, bo jeśli nie potrafimy stosować się do reguł, które kształtowały naszą etykę od setek milionów lat, to marne mamy szanse na prowadzenie jakościowego życia.

      P.S. Co do zasady staram się unikać słowa “szczęście”, bo narosło wokół niego za dużo dziwnych hipotez.

  • Nie umówilbym sie z dziewczyna bo robi furore wśród kolegów. Wiele stwierdzeń w artykule to uproszczenia i generalizacje.

  • Nie do końca się zgodzę, uważam, że akceptacja jest pierwszym krokiem ku wprowadzeniu zmian. Jeśli np. oszukuje sam siebie i nie mówię sobie prawdy o tym, że dla przykładu notorycznie się spóźniam. Wypieram to ze swojej głowy, zawsze szukam w sobie wymówek, że znowu jakaś zewnętrzna siła mi przeszkodziła, to to właśnie według mnie jest brak akceptacji. To jest tworzenie iluzji na swój temat. Natomiast jeśli zaakceptuje fakt, że tak, rzeczywiście notorycznie się spóźniam, wiem o tym. Akceptuje w pełni to, że taki jestem, zauważam to, bez oszukiwania siebie i wypierania tego. To dopiero wtedy mogę zacząć pracę nad zmianom tego nawyku. Taki jestem i od dziś zaczynam zmianę. Ja w takiej formie rozumiem akceptowanie siebie. Nie jako coś biernego, ale jako pierwszy krok ku pracy nad sobą i zmianie swoich nawyków, które mi nie służą.