czlowiek bez rozumu

Edukacja bez wychowania: o kształtowaniu człowieka bezrozumnego

Potocznie edukację rozumiemy jako nauczanie przedmiotowe, którego wynikiem jest wykształcenie. W powszechnym mniemaniu z jednej strony można być człowiekiem wykształconym, ale pozbawionym kultury czy wychowania, a z drugiej – wychowanym, pełnym kultury, ale jednak bez wykształcenia. Z formalnego punktu widzenia jedno nie przeczy drugiemu, wszak po co poddajemy się tej przykrej tresurze zwanej dla niepoznaki edukacją, jak nie w celu zwiększenia swojej pozycji negocjacyjnej na rynku pracy? Nie trzeba być przecież człowiekiem kulturalnym, aby odnosić sukcesy zawodowe. A jednak gdy przychodzi do oceny stanu „uczłowieczenia” społeczeństwa, to nagle zadajemy sobie pytanie, czy jedno nie powinno iść w parze z drugim.

Całkiem słusznie zresztą. Genezy pojęcia „edukacja” należy upatrywać w starożytnej kulturze greckiej, w której oznaczało ono całokształt zabiegów prowadzących do wykształcenia w człowieku kompetencji umysłowych, fizycznych i moralnych. Klasycznie więc edukacja była tożsama z wychowaniem, a jej celem było ukształtowanie człowieka kulturalnego. Dziś, kiedy rodzice nie mają ani czasu, ani chęci, ani kompetencji do wychowania własnych dzieci, rolę tę chciałaby pełnić bezosobowa machina urzędnicza zwana państwem. Czy robi to dobrze? Gdyby przeprowadzić sondę uliczną celem poznania opinii statystycznego Polaka na temat jakości dzisiejszej edukacji, to z pewnością zdecydowana większość respondentów użyłaby niewybrednych określeń względem tej instytucji. Gdyby oprócz tego dopytać, co należałoby zmienić, aby system stał się „dobry”, to bez wątpienia otrzymalibyśmy szereg pomysłów, z których większość byłaby skądinąd entuzjastyczną, ale jednak skazaną na porażkę próbą przypudrowania trupa.

Tymczasem aby reformować cokolwiek, należy wpierw określić cele i zasadność zmiany, a później zdefiniować narzędzia, którymi wyznaczone cele mają zostać osiągnięte. Ponieważ nie ulega najbledszej wątpliwości, że obecnemu w Polsce systemowi edukacji daleko do ideału, to w dalszej części spróbujemy sobie określić, dlaczego tak jest i co zrobić, aby tak nie było.

Po co właściwie edukować człowieka?

Człowiek jest istotą społeczną, a więc do względnie normalnego funkcjonowania niezbędne jest mu społeczeństwo. Z tej perspektywy optymalny system organizacji społeczeństwa powinien stanowić wypadkową dwóch fundamentalnych dla równowagi społecznej czynników: wolności jednostki i dobra społeczności, w której jednostka realizuje swoją wolność. Aby taki system był organicznie wydolny (tzn. nie musiał polegać na sztucznym podtrzymywaniu przy życiu przez nadmierną biurokrację) musi kształtować człowieka kulturalnego, czyli społecznego, politycznego i moralnego, rozumiejącego, że wolność nie może istnieć bez odpowiedzialności za własne wybory i (przynajmniej najbliższą) społeczność. Aby jednak wychować człowieka kulturalnego, czy w ogóle człowieka jakiegokolwiek, trzeba najpierw nauczyć go korzystania z tego, co odróżnia go od reszty zwierząt.

Z rozumu.

W myśl reguły, że jeśli nie jesteś w stanie czegoś wyjaśnić, to tego nie rozumiesz, nie ma poprawnego rozumowania bez poprawnego posługiwania się językiem.

Jeśli więc w kulturze pojęciowej danej społeczności panuje chaos, wówczas chaos obecny jest również w myślach jednostki, jej wyborach i zachowaniach. Z takim stanem rzeczy mamy do czynienia dziś, a jego najdobitniejszym przejawem jest całkowita niemożność ustalenia jednoznacznej definicji choćby takich pojęć jak wolność, sprawiedliwość, równość, demokracja, prawda. A gdyby komuś przyszło osiągnąć porozumienie w tym zakresie, to zawsze można go zasypać relatywistycznym bełkotem typu sprawiedliwość społeczna, demokracja liberalna, prawda subiektywna, etc. Na szczególną uwagę zasługuje tu jednak pojęcie wolności, które zostało zblatowane do tego stopnia, że kojarzy nam się już tylko z brakiem przymusu. Tymczasem bez przymusu zewnętrznego nie jest możliwe wychowanie, a bez przymusu wewnętrznego – racjonalne działanie.

Chaos pojęciowy zapoczątkowany wraz z nastaniem nowożytności, a później przypieczętowany przez rozprzestrzenienie się nowego marksizmu w XX wieku zamieniły naszą sferę wyobrażeń o świecie w pojęciowy dom publiczny, gdzie nie liczy się prawda obiektywna tylko siła roszczenia tłumu.

Chaosem łatwiej manipulować, dlatego jeśli odrywamy edukację od wychowania w człowieku jego człowieczeństwa, to siłą rzeczy produkujemy człowieka bezideowego, wyspecjalizowanego co prawda w ramach konkretnej dziedziny, ale całkowicie pozbawionego kompetencji społecznych, politycznych, moralnych. Człowieka bezdecyzyjnego, biernego odbiorcę komunikatów podatnego na nieskomplikowane manipulacje, postrzegającego świat fragmentarycznie przez pryzmat subiektywnych wrażeń sensorycznych, niezdolnego do intelektualnego przekroczenia horyzontu narzuconych mu przez Bóg wie kogo wyobrażeń, nieodpowiedzialnego.

Efektywny system edukacji powinien więc:

  1. Kształtować umysł, tzn. uczyć a) precyzyjnego i swobodnego wyrażania myśli, b) poprawnej argumentacji i oceny informacji, c) sprawnego operowania językiem, d) podejmowania racjonalnych decyzji.
  2. Kształtować ducha, czyli zaszczepiać uniwersalne wzorce i przekazywać wartości etyczne będące wewnętrznym kompasem pomagającym dokonywać mądrych wyborów w trudnych, skrajnych i nieoczywistych sytuacjach.
  3. Kształtować ciało, czyli dbać o rozwój fizyczny człowieka (tego aspektu nie będę rozwijał w poniższym artykule, ponieważ ma on znaczenie drugorzędne względem powyższych punktów).

Jak powyższe przekładają się na realia współczesności? Zerknijmy.

Kształtowanie umysłu

Ustawowo prawo wyborcze, czyli możność wpływania na całokształt życia zbiorowego, otrzymujemy wraz z osiągnięciem 18-go roku życia. Tymczasem przeciętny osiemnastolatek nie tylko nie ma żadnego wartościowego doświadczenia zawodowego czy w ogóle jakiejkolwiek praktycznej umiejętności poza obsługą elektroniki i w konsekwencji nie potrafi zarobić na własne utrzymanie, ale co gorsza nie posiada zdolności decyzyjnych wykraczających poza sferę konsumpcji. Taki ancymon jest więc osobą całkowicie uzależnioną od systemu, uzależnioną materialnie oraz intelektualnie, ponieważ nie tylko nie dysponuje własnością prywatną czy środkami finansowymi umożliwiającymi rozpoczęcie samodzielnego i odpowiedzialnego życia, ale przede wszystkim nie potrafi podejmować racjonalnych decyzji w oparciu o wypracowaną do osiągnięcia ustawowej dojrzałości aparaturę intelektualną. W duchu rojeń o świetlanej przyszłości, idziemy więc na studia.

Po 5 latach akademickiej przygody przeciętny absolwent może nie tylko z pełną powagą (i bez cienia wstydu) stwierdzić, że „nie ogarnia” logiki, ale co gorsza, nie ma absolutnie żadnego przygotowania w zakresie sztuki wnioskowania i argumentacji. Posiada za to głowę pełną nierzadko bezużytecznych informacji dających całkowicie niesłuszne zresztą przekonanie o własnej wyjątkowości, a co za tym idzie generujących postawy roszczeniowe względem systemu („studiowałam 5 lat hetytologię, aby teraz zarabiać 1 800 zł brutto, podczas gdy operator wózka widłowego (w domyśle: „niewyedukowany idiota”) ma 6k na rękę”). O ile jeszcze studia medyczne i w mniejszym stopniu techniczne uczą czegoś rzeczywiście przydatnego lub przynajmniej potencjalnie przydatnego, to cała reszta w praktyce jest zaledwie przedmiotowo-teoretycznym przedłużeniem szkoły średniej. Bez względu jednak na profil studiów, wszystkie bez wyjątku ugruntowują intelektualną niewydolność absolwentów uzależniając ich od systemu. I w zasadzie wynika to z jednego tylko faktu: na etapie edukacji podstawowej nie wykształcono w nich zdolności poprawnego rozumowania.

Współczesne systemy edukacji uczą nas wiedzy, a nie jak z niej korzystać.

Jest to o tyle absurdalne, że po pierwsze wiedza jest na wyciągnięcie ręki w bibliotekach oraz Internecie, a po drugie jeśli już tak bardzo zależy nam na uczeniu ludzi wiedzy, to najpierw wypadałoby nauczyć ich efektywnych metod uczenia się, czego oczywiście nikt nie robi, bo po co? Przecież chodzi o pozory. W rezultacie wiedza ulatuje tak szybko, jak ją nabywamy, a kompetencje intelektualne, jeśli już się rozwijają, to zdecydowanie za wolno i w zbyt wąskim zakresie, a najczęściej po prostu na przekór systemowi, którego algorytm antywychowawczy sprowadza wszystkich do średniej, zamiast promować ambitnych i zdolnych. Dla porównania w zakresie kształtowania umysłu, zarówno w późnej starożytności jak i „ciemnym” średniowieczu przyczynkiem do wszelkiej wyższej edukacji było rozbudzenie w człowieku jego rozumu, co odbywało się dzięki tzw. siedmiu sztukom wyzwolonym (trivium i quadrivium). Dopiero po ich opanowaniu zabierano się za studiowanie wiedzy.

Wbrew pozorom sztuki wyzwolone nie były przedmiotami w rozumieniu współczesnym. Należałoby raczej postrzegać je w kategoriach kompetencji intelektualnych odsłaniających człowiekowi drogę do mądrości. W dużym uproszczeniu, na trivium składały się: gramatyka (rozumienie języka), dialektyka (poprawna argumentacja) i retoryka (jasne wyrażanie myśli). Opanowanie tych kompetencji było niezbędne do praktykowania nauki, wszak nie da się praktykować nauk, a szczególnie ścisłych, bez bycia mistrzem w naukach humanistycznych. Fakt, że dziś profesura oprócz kwiecistej mowy nierzadko ma problem z rozumieniem prostych komunikatów prasowych, jest tego dobitnym przykładem. Jedną z kar boskich współczesności zdaje się być właśnie przekonanie, że jest się albo humanistą, albo ścisłowcem, więc jak zajmuję się biologią albo matematyką, to nie muszę poświęcać szczególnej uwagi praktykowaniu słowa. Nie mylmy jednak pojęć: humanistą nie jest lekkoduch piszący wiersze albo czytający Prousta, jak dziś miewa się w zwyczaju mniemać.

W sensie klasycznym humanista to ten, kto rozwinął w sobie człowieczeństwo, czyli kompetencje odróżniające go od zwierzęcia. A podstawą tych kompetencji jest biegłość w posługiwaniu się rozumem, a więc językiem.

Jak to się ma do współczesności? Przecież od pierwszej klasy podstawówki uczymy się gramatyki, języków obcych, literatury, historii i innych niewątpliwie ważnych przedmiotów, które przynajmniej w teorii powinny rozwijać intelekt. W praktyce zaś gramatyki uczymy się na tyle, aby rozumieć zdanie, ale niekoniecznie jego właściwy sens, natomiast dialektyki i retoryki w zasadzie próżno szukać w programach przynajmniej od końca wojny, dlatego wchodząc w dorosłość mamy problem z rozumieniem tekstu pisanego i mówionego, zawierzając w konsekwencji wątpliwej jakości złotoustym autorytetom, którzy nie musząc polegać na logice, spójności i konsekwencji wypowiedzi uderzają w najniższe emocjonalne tony rozpalające nas do szczętu.

Argument emocjonalny nie miał się tak dobrze jak dziś, w epoce mediów masowych, szczególnie gdy rzędem dusz zawiadują marni aktorzy i jeszcze marniejsi reżyserowie, niewysokich lotów politycy i profesorzy z ideologicznym płomieniem w oczach, którzy za garść dolarów więcej nagną rzeczywistość do bieżącego zapotrzebowania.

Po co historia, skoro nikt nic z niej nie pamięta i nie rozumie, a jeśli jej funkcją jest wpojenie odpowiedniej symboliki, to należałoby to raczej robić przez studiowanie wybranej literatury polskiej, tak jak w czasach hellenistycznych studiowano Homera. Uczymy się chronologicznej historii różnych cywilizacji (egipskiej, greckiej, chińskiej), ale nie potrafimy wyjaśnić, skąd wzięło się tak fenomenalne zróżnicowanie w podejściu do organizacji społeczeństw, rozwoju praw człowieka, nauki, technologii, etc. Z jakiegoś powodu przecież to Europa uchodzi za „kolebkę wolności” (bez względu na to, czy tak faktycznie jest), a nie Chiny, Pakistan czy Togo. Co spowodowało, że dane modele organizacji państw upadały szybciej, a inne trwały dłużej kształtując kolejne pokolenia naśladowników? Uczymy się przebiegu powstań i rewolucji, ale nie wiemy, jakimi mechanizmami rządzą się te zjawiska, dlatego w obliczu niepokojów społecznych nie jesteśmy w stanie ocenić potencjalnego zagrożenia, np. kiedy jesteśmy siłą wciągani w przewroty. Czy naprawdę wierzysz, że Rewolucja Francuska została rozniecona przez niezadowolone pospólstwo?

Nie uczymy się jasnego i precyzyjnego wyrażania myśli.

Promuje się za to pisanie sążnistych wypracowań spełniających idiotyczne wymagania formalne, lanie wody, pseudointelektualny bełkot, którego później nikt nie czyta. Stwarzanie pozorów. Ilu absolwentów potrafi po 5 latach studiów napisać poprawne CV bez posiłkowania się złotymi poradami z Internetu? Dlaczego po ukończeniu liceum człowiek nie jest w stanie sam ocenić, z czego takie CV powinno się składać, aby było wartościowe? A to przecież podstawowa rzecz, którą robi każdy z nas w trakcie lub po ukończeniu studiów. Ilu z nas potrafi poprawnie napisać merytorycznie uzasadnioną skargę lub reklamację? Oczywiście można powiedzieć, że w pisaniu referatów na temat poezji czy literatury uczymy się głębokiej analizy czegokolwiek. Czy na pewno? Skoro uczymy się głębokiej analizy skomplikowanych rzeczy, to dlaczego nie potrafimy tej głębi przełożyć na banały codzienności? Czy osoba z doskonale rozwiniętą zdolnością analityczną nie powinna być w stanie napisać poprawnie prostego podania, odwołania, zażalenia, listu motywacyjnego? Wszak to tylko kilka zdań.

Niewątpliwą wisienką na torcie absurdów bieżącej rzeczywistości jest niezachwiane przekonanie o jej racjonalnym, niezabobonnym charakterze w przeciwieństwie do średniowiecza, słynącego zupełnie niesłusznie z nieprzebytej ciemnoty umysłowej, która z jakiegoś powodu doprowadziła w Europie do prężnego rozwoju uniwersytetów począwszy już od XI wieku. Tymczasem przynajmniej od zakończenia II wojny światowej cywilizacyjny krąg zachodni konsekwentnie odchodzi od racjonalizmu i uporządkowania na rzecz spontaniczności i kreatywności w imię zasady, że logika i porządek są formą opresji .

Kształtowanie ducha

Kształtowanie umysłu musi iść w parze z kształtowaniem ducha, ponieważ intelekt bez kręgosłupa moralnego nie dostrzega żadnych ograniczeń i dopuszcza się czynów, które z punktu widzenia społeczeństwa i człowieczeństwa jako takiego są cokolwiek niekorzystne. Z bardziej prozaicznych przyczyn, nieukształtowany duch miewa w zwyczaju stawać na przeszkodzie twórczemu i konstruktywnemu działaniu (współcześnie sfera ta jest zagospodarowana przez coaching). Przekonanie, że czysta myśl wyzwolona od metafizycznych kajdan umożliwi człowiekowi nieograniczony rozwój, a ludzkość doprowadzi do utopii skończyła się z jednej strony nieludzkim wyzyskiem wczesnego kapitalizmu przemysłowego, a z drugiej krwawym terrorem niezliczonych przepoczwarzeń marksizmu – leninizmu, stalinizmu, maoizmu, trockizmu, hodżyzmu, etc.

Postulując program kształtowania ducha w ramach wychowania należy wziąć pod uwagę trzy kluczowe kwestie. Po pierwsze, człowiek jest zwierzęciem, które „uczłowiecza” się dzięki kulturze przekazywanej w procesie wychowania (przymusu). Oznacza to, że dziecko samo z siebie nie nauczy się tego co dobre, a zwierzęca natura człowieka (popędy, instynkty, atawizmy) będzie zawsze na silniejszej pozycji w konflikcie z próbą racjonalnej kontroli zachowań (np. strach przed śmiercią może złamać moralność każdej osoby, jeśli ta nie jest zakorzeniona w silniejszym strachu np. przed innym sukinsynem o gorszej reputacji lub Bogiem).

Po drugie, nie jest możliwe (bez jakiejś formy dyktatury) równoległe funkcjonowanie w jednej przestrzeni społecznej różnych wykluczających się wzajemnie systemów etycznych bez powstawania konfliktów. Wychowanie więc nie może odbywać się w duchu relatywistycznej inkluzji różnych systemów etycznych, jeśli ma spełniać funkcję stabilizującą relacje społeczne. Wszystkie tego typu eksperymenty muszą kończyć się zastąpieniem słabszego systemu silniejszym, a to z reguły odbywa się albo przez sukcesję demograficzną, albo rozlew krwi.

Po trzecie, nie ma systemu idealnego, a próby uszczęśliwienia wszystkich muszą niechybnie prowadzić do katastrofy humanitarnej, czego ponad wszelką wątpliwość dowiódł Włodzimierz Lenin. Pozostaje więc dążyć do pewnego nierelatywistycznego optimum, w ramach którego co prawda będą ścierać się różne koncepcje organizacji społeczeństwa, ale amplituda ich wahań będzie organicznie regulowana przez powszechnie akceptowany kompas etyczny.

Mając na uwadze powyższe, warto znów wrócić do klasyków. Dawno, dawno temu, zanim wyraz ‘cnota’ w języku polskim kojarzył się tylko i wyłącznie z posuchą na Tinderze, wychowanie opierało się na tzw. cnotach etycznych, których przykłady znajdziemy już u Homera. Cnoty etyczne, np. życzliwość, prawdomówność, pracowitość, wierność, odwaga, opanowanie, wyrozumiałość, są kluczowe dla funkcjonowania zdrowych społeczności, bo regulują nasze biologiczne skłonności do lenistwa, kłamstwa, agresji, tchórzostwa, etc.

Wzorce, dla osiągnięcia odpowiedniego oddziaływania społecznego, muszą być wszechobecne, a ich zaszczepianie może mieć charakter behawioralny tylko na wczesnym etapie wychowania dzieci („jeśli skłamiesz, to spotka Cię kara”). Wraz z rozwojem intelektualnym wychowanka motywacja negatywna musi być zastępowana refleksją intelektualną. Moralność wynikająca z wyuczonego schematu jest szkodliwa o tyle, o ile sytuacje moralne są nieskończenie złożone i nie ma możliwości dopasowania wszystkich pod jedno rozwiązanie. Konieczne jest więc uczenie ludzi odpowiedzi na pytanie „Jakim człowiekiem powinienem być?”, aby w sytuacjach nieoczywistych potrafili sami podejmować moralne decyzje kierując się nabytymi wartościami, doświadczeniem, refleksją.

Bycie osobą cnotliwą musi wynikać z wyższej potrzeby, np. naśladowania ludzi cnotliwych, tak jak w starożytnej Grecji bohaterów Iliady czy w świecie chrześcijańskim – świętych.

Jeśli kultura nie lansuje wyższych potrzeb, to szczytem potrzeb jakichkolwiek zostają te fizjologiczne. Fakt, że żyjemy w cywilizacji całkowicie pozbawionej ponadczasowych wzorców zdaje się być jednym z głównych problemów wychowawczych. Gdy bowiem nie ma wzorców którymi jesteśmy nasiąkani celowo i programowo przez literaturę, sztukę, rodziców, wychowawców, wówczas ich miejsce zajmują autorytety „doraźne”, czyli celebryci (tak, tak, dla Waszych pociech większym niż Wy autorytetem jest youtuber zachęcający nieletnie koleżanki do rozbierania się na streamie). Z wzorcami w Polsce jest o tyle ciężko, że o ile przed Rozbiorami w kulturze Rzeczypospolitej funkcjonował etos szlachecki, to dziś po dekadach zaborów zostaliśmy całkowicie oderwani od dawnego dziedzictwa, a nowego nie zdążyliśmy jeszcze wytworzyć, dlatego miotamy się między efemerycznymi „wartościami europejskimi”, a szarżą husarii. Niestety, jedno i drugie są wydmuszkami, w których hula antywychowawczy wiatr.

Kształtowanie człowieka kulturalnego

Podział na edukację i wychowanie jako osobnych bytów jest dla nas tak oczywisty, że próba jego zakwestionowania graniczy z niemożliwością. Nie jest przypadkiem, iż na poziomie werbalnym prostakowi miewa się w zwyczaju sugerować, że rodzice go nie wychowali, a delikwentowi o niespektakularnym intelekcie, że spał na lekcjach. Istnienie Ministerstwa Edukacji Narodowej a nie np. Ministerstwa Wychowania Narodowego zdaje się cementować niewychowawczą nomenklaturę. Niewychowawczą, bo o ile wychowanie bez wykształcenia nie musi być szkodliwe dla jednostki i społeczeństwa, o tyle wykształcenie bez wychowania niemal zawsze jest.

Nie ma wątpliwości, że efektywne wychowanie musi realizować się na wszystkich poziomach życia społecznego. Jeśli patrząc na grecką rzeźbę, architekturę i poezję widzimy niedościgniony ideał kulturowy kształtujący człowieka przez wieki, to nie trzeba wytężonej gimnastyki mózgu, aby uświadomić sobie, czego wyrazem może być sztuka nowoczesna, całkowicie oderwana od organicznego postrzegania świata, fragmentaryczna, wprowadzająca chaos w procesach poznawczych.

Nieludzka.

Zupełnie jak edukacja.

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Językoznawca specjalizujący się w procesach poznawczych człowieka ze szczególnym uwzględnieniem wpływu języka na wybory moralne jednostki. Ukończył językoznawstwo kognitywne na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze