psychologia rywalizacja podziały

Podziały i rywalizację mamy we krwi. Ale czy to źle?

Wystarczył niespełna tydzień, aby wśród nieznajomych sobie chłopców zrodziło się indywidualne poczucie przynależności do grupy i akceptacja swojego miejsca w jej hierarchii. Grupa pozostawiona samej sobie wytworzyła w mgnieniu oka unikalny ekosystem, kulturę, normy, nazewnictwo pobliskich obiektów i w specyficzny sobie sposób podchodziła do rozwiązywania bieżących problemów.

Gdy chłopcy odkryli, że nie są w okolicy sami, zaczęły się problemy.

O Orłach, które pożarły Grzechotniki

Słynny eksperyment z 1954 roku przeprowadzony przez psychologa Muzafera Sherifa w USA miał za zadanie sprawdzić zasadność dwóch hipotez:

1) Nieznajomi połączeni wspólnym celem tworzą wewnątrz grupy hierarchiczną strukturę z wyodrębnionymi funkcjami i specjalnymi statusami.

2) Jeśli dwie grupy stworzone w taki sposób zostaną skonfrontowane ze sobą w warunkach współzawodnictwa i grupowej frustracji, pojawią się wrogie nastroje i działania wobec obcej grupy, które staną się normą i będą współdzielone w różnym stopniu przez poszczególnych członków grupy.

W ramach eksperymentu uczeni wybrali 22 młodzieńców i podzielili ich na dwie grupy o zrównoważonych kompetencjach fizycznych, mentalnych i społecznych. Obie grupy niezależnie od siebie zabrano do rozległego ośrodka kempingowego w parku przyrodniczym, gdzie przez kolejnych kilka dni chłopcy mieli za zadanie (nieświadomie) zbudować więzi, odkryć wspólne cele i dążyć do ich realizacji na drodze współpracy, rozmowy, planowania i efektywnego wprowadzania strategii działania w życie.

Cele te zostały osiągnięte w ciągu kilku dni zgodnie z przewidywaniami uczonych obserwujących i inspirujących wydarzenia pod przebraniem kadry.

Przyszedł czas na konfrontację. Z dnia na dzień chłopcy jęli odkrywać w okolicy ślady obecności nieznajomych (np. porozrzucane naczynia). Wzmocniło to ich śmiałość, przywiązanie do wspólnych wartości, norm, rytuałów i innych elementów wspólnej kultury. Aby odróżnić się od obcych, klany nadały sobie unikatowe nazwy: Grzechotniki i Orły. Odtąd jedni i drudzy spędzali większość czasu na rozważaniach, w jaki sposób dać łupnia nieproszonym gościom.

Gdy oba klany po raz pierwszy spotkały się twarzą w twarz w obozowej stołówce, doszło do wzajemnych wyzwisk, gwizdów i obraźliwych przyśpiewek. Przed kolacją niektórzy z Orłów odmówili nawet wspólnego posiłku Grzechotnikom. Nasilenie wzajemnej wrogości popchnęło chłopców do zorganizowanych napadów na przeciwne obozy. Klany – z pomocą uczonych – skłócone zostały do tego stopnia, że gdyby nie interwencja z zewnątrz, doszłoby do rękoczynów.

Natura czy bzdura?

Pomimo wielu krytycznych głosów wskazujących na (nie)etyczny aspekt eksperymentu (chłopcy nie wiedzieli, że są obiektem badań) i słabą reprezentatywność próbki badawczej (biali nastolatkowie płci męskiej), okoliczności stworzone przez Muzafera Sherifa miały bardzo wysoką wartość badawczą, ponieważ odbywały się w terenie, a uczestnicy nie byli świadomi swoich ról.

Jeśli jednak uprzemy się, że przedstawione wydarzenia nie powinny stanowić materiału naukowego dla bardziej ogólnych rozważań, to zastanówmy się, czy nasze własne życiorysy nie dostarczają odpowiednich przesłanek dla poparcia tezy, że jesteśmy gatunkiem postrzegającym rzeczywistość przez pryzmat podziałów.

Większość z Was zapewne wychowała się na osiedlach z “wielkiej płyty”, gdzie swobodnie łączyliście się w grupy z rówieśnikami i toczyliście „wojny” z mieszkańcami innych osiedli. W latach 90-tych, kiedy o Internecie nikt nie słyszał, wyprawa do sąsiadów „za ulicę” stanowiła doświadczenie porównywalne z postawieniem pierwszego kroku na Księżycu przez Armstronga. W szkołach, nawet jeśli byliście odludkami, to trzymaliście się konkretnych osób, ponieważ dawało Wam to minimum komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Na studiach – podobnie, ale osią potencjalnych zażyłości stawały się już wspólne przekonania, upodobania, a niekoniecznie sąsiedztwo ławek. W końcu wkraczamy w dorosłość i łączymy się w kolejne grupy – ideologiczne, światopoglądowe, polityczne. Wojna polsko-polska coś Wam mówi?

Właściwie trudno wyobrazić sobie taki aspekt naszej rzeczywistości społecznej, który nie byłby podszyty, zdefiniowany lub wynikły z podziałów i różnic. Polacy spierają się z Niemcami o ziemię, biedni z bogatymi o pieniądze, aborcjoniści z antyaborcjonistami, Chrześcijanie z Muzułmanami, liberałowie z konserwatystami, etc. Wielu z Was powie, że to chore, nieludzkie, że podziały i spory doprowadzą nas do zagłady.

Podziały i towarzysząca im rywalizacja są z nami od „wyjścia z jaskini” i zaryzykuję stwierdzenie, że częściej były paliwem dla rozwoju ludzkości niż zgoda (wyścig zbrojeń w XX wieku jest tego dobitnym przykładem). Jednak właśnie dlatego, że jesteśmy ludźmi, musimy ubolewać nad tym, że to nie zgoda i pokój prowadzą do rozwoju, a współzawodnictwo i konflikt. Ale również dlatego, że jesteśmy ludźmi i posiadamy rozumy, musimy zdawać sobie sprawę, że próba siłowego narzucania zgody i likwidowania podziałów prowadzi do jeszcze większych podziałów i większej niezgody. Protesty zwolenników Hillary Clinton w USA przeciwko Donaldowi Trumpowi w imię jedności narodu przy jednoczesnym wykluczeniu z debaty wszystkich, którzy Trumpa popierają, to doskonały symbol wybiórczego traktowania pojęć budujących nasze wyobrażenie świata.

Im szybciej zdamy sobie sprawę, że mamy naturę, która determinuje nasze wybory, tym lepiej dla naszych wyborów, bo – wbrew antropocentrycznym mrzonkom o wyjątkowości człowieka – jesteśmy produktem milionów lat ewolucji gatunków i nawet jeśli wydaje nam się, że podejmujemy podyktowane czystym intelektem wybory, to ostateczny rezultat zawsze jest wynikiem presji środowiska, naszych biologicznych potrzeb i nabytych w okresie dojrzewania wartości, uprzedzeń, fobii czy różnorodnych deficytów emocjonalnych.

Różnorodność ma swoją cenę

Czy możliwe jest współistnienie różnorodnych poglądów, wartości i zwyczajów bez konfliktów? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć ryczałtem, ponieważ nie wszystkie idee da się pogodzić. Prosty przykład: zwolennicy niewolnictwa i zwolennicy niezbywalnego prawa człowieka do wolności zawsze będą śmiertelnymi wrogami. O wiele prościej znaleźć kompromis między zwolennikami i przeciwnikami aborcji, jednak jak sami wiecie, również tutaj mamy do czynienia ze starciem dwóch ekstremów stroniących od merytorycznej dyskusji.

Spięcia również będą generowane przez różne systemy religijne, np. wolnościowa etyka chrześcijańska nie jest do pogodzenia ze współczesną doktryną islamską, która nie uznaje wolności religijnej i rozdziału życia świeckiego od religijnego[3]. Nie jest zatem możliwe stworzenie państwa, w którym wzajemnie wykluczające się reguły współżycia społecznego mają równy status na poziomie konstytucyjnym. Aktualnie w Europie próbuje się stworzyć system świecki, w którym różne wyznania mają teoretycznie równe prawa, jednak trzeba zauważyć, że ponad nimi jest system świecki, który narzuca własne ramy prawodawcze. Mamy zatem do czynienia z formą przymusu państwowego, który tworzy sztuczne normy, aby zapewnić relatywnie stabilną przestrzeń wzajemnej tolerancji. Nie jest to jednak przestrzeń, która przetrwa próbę czasu bez przymusu państwowego, a zatem jest w swej istocie antywolnościowa. Gdy zniknie aparat biurokratyczny Francji czy Niemiec, wówczas dojdzie do fizycznego starcia różnych koncepcji życia na jednym terytorium. Nie istnieje historyczny precedens, w którym dwie wzajemnie wykluczające się koncepcje relacji międzyludzkich stworzyły trwały organizm państwowy szanujący wzajemne różnice.

Podobne projekty jak dzisiejsza Unia Europejska próbowali stworzyć Aleksander Macedoński, Starożytni Rzymianie, Habsburgowie, Tito w Jugosławii czy Turcy Osmańscy. Co łączy te wszystkie państwa? Jak zapewne się domyślacie, przede wszystkim to, że każde z nich w końcu runęło z różnych powodów, a po zaniknięciu organów przymusu państwowego spajającego różne wyznania, narodowości i koncepcje życia społecznego, obudziły się uśpione spory, roszczenia, antypatie historyczne, czego dzisiejszą ekspresją są m.in. spory terytorialne na Bałkanach czy wojny między sunnitami i szyitami na Bliskim Wschodzie.

Najlepszym i póki co jedynym spoiwem różnorodności jest dobrobyt. Dobrobyt bierze się jednak z pracy, a praca z motywacji i dostępu do zasobów, co nastręcza innych trudności, ponieważ Motywacja jest nieograniczona, a zasoby – tak. Na tym polu zawsze będzie pojawiać się współzawodnictwo prowadzące do konfliktów. Gdy dwie grupy żyjące obok siebie stają w obliczu deficytu zasobu niezbędnego do życia, wówczas różnice między nimi nabierają wyrazistości.

Regułę tą można zaobserwować na każdym poziomie organizacji społecznej. Na przykład wobec wzrastającego bezrobocia, z jednej strony będziemy winić imigrantów za odbieranie miejsc pracy, a z drugiej imigranci będą posądzać rządy goszczących ich państw o dyskryminację. Z powodu deficytu zasobów kolonialnych doszło do I Wojny Światowej, a nazyfikacja Niemiec po jej zakończeniu była o tyle łatwa, o ile naród niemiecki czuł się poniżony i niesłusznie rozbrojony przez Wielką Brytanię. Z powodu tarć narodowościowych, wyznaniowych i historycznych doszło do rozpadu Jugosławii. Nawet jednakowe etnicznie i kulturowo rodziny z tego samego osiedla zaczną sobie wymyślać, jeśli będą musiały walczyć o wolne miejsca na ławce pod blokiem.

Światełko w tunelu nieskończonych możliwości

Współzawodnictwo mamy we krwi. W momencie, gdy współzawodnictwo zniknie – prawdopodobnie znikniemy my, bo czy możemy przetrwać czyhające na nas zagrożenia naturalne bez ciągłego rozwoju, chęci tworzenia, zdobywania, przekraczania granic i wybijania się ponad innych?

Nie odbierajcie powyższego jako aprobaty dla wojen i wyzysku. Absolutnie. Uważam po prostu, że ludźmi czyni nas wrodzona omylność i zdolność adaptacji do zmieniających się warunków otoczenia. W momencie, gdy systemowo pozbawimy się tego wszystkiego, co prowadzi do konfliktów i wojen, skażemy się na zagładę, bowiem wszystko to, co czyni nas wyjątkowymi, różnorodnymi, interesującymi jest również przyczyną wszystkiego, czego powinniśmy się w sobie wstydzić.

Inteligencja, którą szczyci się nasz gatunek, nie działa w oderwaniu od biologii. W pewnym sensie wykazał to również sam Sherif w trzeciej części eksperymentu, o której nie pisałem wcześniej. Celem uczonych było bowiem nie tylko zweryfikowanie dwóch hipotez wspomnianych na początku artykułu, ale również sprawdzenie, jak zmieni się dynamika relacji konkurujących klanów wobec problemu wykraczającego poza podziały.

Głównym kryzysem, przed którym postawiono klany, było pozbawienie ich stałego dopływu wody pitnej. Cała okolica zaopatrywana była przez jeden zbiornik ulokowany na wzniesieniu na północ od obozu, dlatego aby dotrzeć do źródła problemu, spragnione klany podążały śladem dwóch różnych wodociągów, aż dotarli do głównego rezerwuaru. Tam okazało się, że zbiornik jest pełny, a brak wody w wodociągach wynika z zapchanego zaworu. Wobec wspólnego interesu niesnaski między klanami znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zarówno Orły jak i Grzechotniki aktywnie dzielili się pomysłami na likwidację zatoru, a gdy z wodopoju poleciały pierwsze krople wody, wśród zgromadzonych wybuchł pojednawczy entuzjazm. Gdy zator został zlikwidowany całkowicie, Grzechotniki pozwolili Orłom, którzy nie mieli ze sobą manierek, ugasić pragnienie w pierwszej kolejności. Innym wyzwaniem, które prowadziło do uśpienia różnić i tymczasowego pojednania, było usunięcie przeszkody leżącej na drodze, którą dostarczano pożywienie do obydwu obozowisk.

Zdawałoby się zatem, że jako ludzkość skazani jesteśmy na wewnętrzne tarcia, a jedynym bodźcem mogącym doprowadzić do wielkiego pojednania jest wizyta przybyszy z innej planety. Bo co innego może dać nam poczucie bycia jedną rodziną, jak nie spojrzenie na siebie z perspektywy innej, obcej rodziny o nieznanych intencjach?

Od dobrobytu silniejsze więzi tworzy tylko wspólna niedola.

Ostatnia aktualizacja: 05.02.2017
___
[1] Sherif, M. (1958). Superordinate goals in the reduction of intergroup conflict. American journal of Sociology, 349-356.
[2] Sherif, M., Harvey, O. J., White, B. J., Hood, W. R., & Sherif, C. W. (1961). Intergroup conflict and cooperation: The Robbers Cave experiment (Vol. 10). Norman, OK: University Book Exchange.
[3] Marcin dr Marcinko: Ochrona praw człowieka w wymiarze regionalnym. Kraków: Uniwersytet Jagielloński, 2012, s. 122-131. ISBN 83-915947-2-6.

Czy ten artykuł był przydatny?

Podziel się oceną! 🙂

Ocena: / 5. Głosów:

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Językoznawca specjalizujący się w procesach poznawczych człowieka ze szczególnym uwzględnieniem wpływu języka na wybory moralne jednostki. Ukończył językoznawstwo kognitywne na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze

  • Ciekawe. Czy tytuł oddaje prawdę? wg mnie nie. Czy mamy do porównania grupę społeczną w której nie istnieje rywalizacja a współpraca, aby móc porównać efekty? To że takiej grupy praktycznie nie ma lub jest nieznana to nie dlatego że jedynie rywalizacja jest w naturze człowieka tylko dlatego że znana nam cywilizacja wyrosła na systemie rywalizacji a dokładnie na systemie nieustannego konfliktu. Istotne jest to że cywilizacja jest typowo patriarchalna a więc karmiona testosteronem a ten kreuje podziały, rywalizację, władzę, wojny, religię. Źródło podziałów jest ewidentne. Tym bardziej tak wnioskuję że w eksperymencie uczestniczyli tylko chłopcy. Wg mnie to nie natura lecz dominacja czynnika męskiego- testosteronu. Nie wiemy jakie efekty przyniosła by cywilizacja oparta o współpracę.

    “jedynym bodźcem mogącym doprowadzić do wielkiego pojednania jest wizyta przybyszy z innej planety.”

    Podłoże takiego spojrzenia wynikać może z “wojennego” pliku. Tkwi w tym założenie że przybyli aby nas skolonizować i należy się zjednoczyć do ewentualnej walki z wrogiem. A jeśli oni przybyli tylko aby pogawożyć jak mamy na tej ziemi i czy dalej się w wojnach tłuczemy?

    “Od dobrobytu silniejsze więzi tworzy tylko wspólna niedola”

    W pewny stopniu niedola jednoczy ale często niedola jest punktem zapalnym do rewolucji. Nazwała bym to inaczej. Silne więzy może tworzyć idea współpracy. Oba klany współpracowały i wg mnie to nie niedola ich połączyła ale wspólny cel który służył obu stronom.

    “Współzawodnictwo mamy we krwi.”
    Nie. Nikt tego nie zbadał, bo nie było grupy kontrolnej gdzie ideą byłaby współpraca i kooperacja. Szkolnictwo opiera się o naukę silnej rywalizacji więc może ta cecha jest wyuczona i przez wieki cywilizacji wojennej utrwalona?

    ” Nie jest to jednak przestrzeń, która przetrwa próbę czasu bez przymusu państwowego, a zatem jest w swej istocie antywolnościowa.”
    Pomijam typ “przymusu państwowego”, zakładam niezwykle prawy, jednak normy ustalone społeczne i konieczność przestrzegania nie działa anty-wolnościowo. Wolność to samodyscyplina a nie wolna amerykanka.

    “gdzie swobodnie łączyliście się w grupy z rówieśnikami i toczyliście „wojny” z mieszkańcami innych osiedli”
    Ha ha owszem dawniej były akcje na “wieśniaków” wysiadających z pociągu. Ale to znowu chłopcy w to się bawili w takie wojenki a chyba był to okres “zimnej wojny”. Dziewczęta dumały; czym oni się kierują, przecież ich nawet nie znają?

    Pozwoliłam sobie na laickie krytyczne myślenie 🙂

    • Zofiu, dziękuję za Twój komentarz – bardzo mnie cieszy, że znalazłaś chwilę, aby zastanowić się nad tekstem. Niestety nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że “system” rywalizacji wynika z dominacji mężczyzn, ponieważ kobiety (ze sobą) również rywalizują i wcale nie robią tego, dlatego że tak zostały wychowane. Najlepiej widać to u małych dziewczynek posiadających młodsze rodzeństwo: kiedy widzą, że rodzice poświęcają większą uwagę młodszemu bratu (bo tego wymaga jego wiek), nierzadko stają się zazdrosne i rywalizują o uwagę matki. Jest to rywalizacja zaciekła, mogąca zamienić się w miękką przemoc (odbieranie zabawek, zakrzykiwanie, etc.). Jest to rywalizacja wynikająca z natury człowieka, a nie “systemu”: każdy z nas potrzebuje czuć się kochanym, docenianym. Jeśli odczuwamy braki w tym zakresie reagujemy szeregiem niekoniecznie dobrych dla społeczeństwa zachowań.

      Z powyższego, moim zdaniem, wynikają odpowiedzi na większość Twoich wątpliwości.

      “Pomijam typ “przymusu państwowego”, zakładam niezwykle prawy, jednak normy ustalone społeczne i konieczność przestrzegania nie działa anty-wolnościowo. Wolność to samodyscyplina a nie wolna amerykanka.”

      Zgadzam się, że wolność bez samodyscypliny nie istnieje, dlatego tak ważne jest kształtowanie u młodych cnót i pokory.

      Daj znać, co sądzisz! 🙂

  • Najważniejsze, że zgadzamy się z ostatnim punktem, że ważne jest kształtować u młodych cnoty i pokorę. To jest fundament. Pięknie. Dzięki tym cnotom również rywalizacja osłabi się 🙂 A gdzie leży prawda w dyskusji o rywalizacji, życie z czasem pokaże, niekoniecznie szybko.
    Podajesz argument :”kobiety (ze sobą) również rywalizują i wcale nie robią tego, dlatego że tak zostały wychowane.”
    To wydaje się być subiektywny pogląd. To nie jest wcale pewne czy to wychowanie czy nie. Obecne czasy to mocne przetasowywania kulturowe, społeczne. Kobieta już weszła na rynek pracy i na uczelnie, od ponad 100 lat i w tej kulturze, po najmniejszej linii oporu naśladuje system który już istnieje. To w nim się adoptuje. Wychowanie kobiet również uległo poważnej zmianie. Dawniej w pewnym zakresie rywalizacja istniała w wąskim ale ważnym zakresie; zdobycie męża, bez którego to kobieta miała marne opcje albo klasztor albo czarownica na skraju wsi. 🙂 Przykład z dziećmi nie świadczy o naturze, lecz o wychowaniu. ( granica bywa cienka, z tym się zgodzę) Z mojej obserwacji wynikało że minione pokolenie bardziej skupiało się na angażowaniu rodzeństwa do troski i pomocy przy najmłodszym rodzeństwie. Osobiście nie wpadło mi do głowy być zazdrosną o młodszego brata. Uczono nas że to jest NASZ BRACISZEK i wymaga troski uwagi nas wszystkich. I tak było. Taki był wzór wychowania w większości rodzin. Powszechnością było że starsze rodzeństwo, choćby o parę lat, roztaczało troskę o młodsze dzieci. Wg mnie dziecko nie walczy o miłość, gdy rywalizuje z rodzeństwem o 1 miejsce przy mamie, lecz raczej dąży do zaborczości i wyłączności do mamy a to nie miłość i nie wynika z zagrożenia. Zaborcza walka o uwagę mamy w przeciętnej rodzinie to już zalążek kształtowania się negatywnej cechy charakteru. Zwracanie na siebie “wyłącznej” uwagi, skupianie na sobie, bycie w centrum, to kwestia niedopatrzenia kiedy u dziecka pojawiła się cecha egocentryzmu. Wpływ, najczęściej wychowanie. Zjawisko ADHD też świadczy iż system wychowawczy pobłądził.
    Dzieci faktycznie chcą czuć się doceniane i akceptowane. Jednak i dzieci mają swoje charakterki, które trudno opiniować o przyczynach. Np mój brat starszy chciał czuć się doceniany i akceptowany we własnej filozofii i wizji świata i koniecznie mnie chciał podporządkować, zgodnie z jego wizją. To stało w kolizji z moim pojęciem doceniania się i mojej wizji świata, więc musiałam się z nim tłuc. Czy to była rywalizacja o rodziców? Absolutnie nie. Walka o własne miejsce i uznawane wartości. ( jakie by nie były, bo dziecięce) Ostatecznie pakt został zawarty 🙂
    Trudno udowodnić czy to natura czy wychowanie. Patrząc jaki porządek jest w przyrodzie, to rywalizacja istnieje najmocniej wśród samców. Samice spokojnie czekają na zwycięzcę aby był królem ich stada jako najsilniejszy. Nie do końca też jest jasne czy to samice z młodymi “mają” swojego silnego samca, czy też samiec “ma” stado samic. 🙂
    Rywalizacja stoi w opozycji do kooperacji, do współdziałania. Jak działa biologia? Atomy które się łączą, współdziałają, tworzą pierwiastki. Pierwiastki które się łącza tworzą cząsteczki, Dalsze łączenie i kooperacja utworzy tkanki. Te łącząc się współpracując tworzą organ. Wiele połączonych organów to już istota żywa. Działa to jako idealny system kooperacyjny współdziałający. Każdy stopień wyżej, łączenia współdziałania, tworzy coraz bardziej złożony system. Wszystko odbywa się na zasadzie współdziałania, a nie rywalizacji. Rywalizacja w żywym organizmie objawi się jako poważne zakłócenie w wzrastaniu np rak, czyli brak kooperacji a pojawienie się inwazyjnej rywalizacji, ostatecznie zniszczy organizm. Badania psychopatii wykazały że psychopatyczni szefowie korporacji tak napędzali rywalizację że doprowadzali do masowych zwolnień i poważnych depresji czy nerwowych załamań pracowników. Dlatego też analogicznie podejrzewam że ludzkość jako społeczeństwo winna wyjść na wyższy poziom funkcjonowania, zgodnie z hierarchią rozwoju w przyrodzie, bez panoszącej się rywalizacji.
    Rywalizacja wg mnie to pierwszy stopień wojny. Rywalizacja samców o samice, rywalizacja o tereny, rywalizacja o władzę. Wojna.
    Kultura ludzka próbowała ucywilizować ów trend “rywalizacji”, w dyscyplinę kulturalną: Sport. Zawsze coś..
    Teoria Darwina umocniła teorię rywalizacji poprzez głoszenie, selekcji naturalnej. Przetrwa najsilniejszy. No cóż silne goryle wymierają, król zwierząt Lew, ginie bezbronny, niezaradny poza stadem, gdy samice mają się dobrze w stadzie. Co daje siła? Ewentualnie daje szanse w rywalizacji a zwycięstwo jest krótkie i nie jest ono celem życia. Jeszcze jeden zabawny przykład rywalizacji “najsilniejszego”. Jest nim plemnik. Najsilniejszy zwycięża, lecz na tym kończy się etap rywalizacji. Potem następuje rozwój nowego życia odbywa się na zasadzie idealnej kooperacji, na arenę wchodzi współdziałanie, łączenie, synergia. Moje pytanie jest, czy ludzkość jako społeczność jest na etapie plemnika czy też wchodzi w etap synergii? Mam poważne przesłanki że wbrew pozorom i rozeznaniom lepszym lub gorszym, istnieją sygnały że nadchodzi era synergii dzięki coraz większej dojrzałości obu płci i rozwoju świadomości. Wyższy poziom organizacji społeczeństwa staje się koniecznością, bo mnie nie bardzo się podoba to co jest, ale tylko na poziomie filozofowania. Tak więc utrzymuję zdanie, że rywalizacja jest dobra w buszu w wojnie, w wyścigu szczurów itp 🙂 Jedynie w formie rozrywki czyli w sporcie rywalizacja jest b.dobra.
    Mam nadzieję że przedstawiłam argumenty, które obronią kooperację a co nieco zdegradują rywalizację, lub co najmniej zmuszą do refleksji. Tak czy owak, tak na razie uważam. 🙂 Pozdrawiam.