imprezująca dziewczyna

Czy COVID-19 to zmierzch kultury #YOLO?

Kiedy w styczniu 2020 roku odnotowano pierwsze oficjalne przypadki SARS-Cov-2 w Europie, mało kto brał na poważnie nadciągające zagrożenie. Kiedy państwa jęły zamykać granice przed sobą, nie było jasne, na czym owe zagrożenie polega. Dziś, kiedy już to wiemy, nie wierzymy, i żyjemy, jakby za chwilę miała nastąpić odwilż po zaskakującej drogowców jak co roku zimie.

Pytanie, co zrobimy, jeśli zima zagości u nas na dłużej?

„Na coś trzeba umrzeć”. Tylko czy akurat na COVID-19?

Należę do tzw. Pokolenia Y, czyli jestem millenialsem. Tytulatura to wielka odpowiedzialność. Nigdy jednak do końca nie rozumiałem, czy mam w związku z tym faktem coś konkretnego robić. Po swojemu – nie zrobiłem nic. Zanim otrzymałem ów szlachecki tytuł, wychowałem się na przepastnym jak ocean osiedlu z wielkiej płyty. W tych zamierzchłych czasach razem z kolegami w czasie wolnym od szkoły bawiliśmy się „w ściganego” rojąc sobie w naszych prowincjonalnych głowach, że jak skapnie od rodziców parę groszy (albo uzbieramy ze sprzedaży makulatury), to skoczymy na „oranżadę” lub – w opcji premium – na „czipsy”. Nasz repertuar tego, co było wolno, ograniczały trzy czynniki: hajs (którego nie było), klaps (od rodziców)  i wpierdol (od starszych kolegów). Zasadniczo: dawniej można było mniej.

Nie wiedzieć kiedy, Zachód rozlazł się po całej Polsce niczym blask Słońca o wschodzie. Szybko okazało się, że można znacznie więcej. Właściwie: wszystko. Sky is the limit przepoczwarzyło się w Sky is no limit, przy okazji dyskretnie pogrzebując na cmentarzu idei klasyczne per aspera ad astra, a błyskawicznie rozwijająca się technologia otworzyła magiczny portal do całego wszechświata nowych możliwości. Dzięki Internetowi nie trzeba już wyjeżdżać do „stolicy”, aby zrobić karierę. Popularność, przy odrobinie konsekwencji, można „wyklikać” z drewnianej chałupy w Bieszczadach. I bardzo dobrze. Internet przełamał monopol wielkich koncernów mediowych, które jeszcze do niedawna były jedynym źródłem „informacji” (jak dziś wiemy – głównie propagandy). Konwencjom pokazaliśmy tłuste fuck you.

Niestety, jak to bywa z cywilizacjami dobrobytu, kultura nie nadążyła za rozwojem materialnym. Człowieka zredukowaliśmy do konsumenta, sukces – do posiadania i popularności, a sferę duchową – infantylnej pogoni za szczęściem. Na domiar złego, myśleć naprzód potrafimy na tyle, na ile pozwalają nam własne potrzeby fizjologiczne: wszak „żyje się tylko raz” i „na coś trzeba umrzeć”, a więc liczy się tylko to, co jest teraz. COVID-19 uświadomił nam z wyjątkową brutalnością, że owszem żyje się tylko raz, ale zawsze można żyć krócej, natomiast jeśli faktycznie „na coś trzeba umrzeć”, to teraz jest świetna okazja.

Jednym z fundamentalnych problemów, z jakimi borykamy się współcześnie, jest oderwanie wolności od odpowiedzialności. W świecie, w którym jednostka odpowiada co ewentualnie za czubek własnego nosa, wolność urosła do rangi bóstwa. Nie zaprzątamy sobie przesadnie głowy tym, jak nasze indywidualne decyzje wpływają na bliższą i dalszą społeczność, w której realizujemy swoją wolność, a bez której realizacja wolności nie byłaby możliwa. W pewnym sensie jest to zrozumiałe: z punktu widzenia naszej aparatury poznawczej, dopóki kogoś nie uderzymy, dopóty mamy poczucie, że wolność nie została naruszona. Stąd pewnie infantylne powiedzenie, że „wolność twojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność mojego nosa”.

Niestety nie jest to takie proste. Rozpatrzmy problem na kilku przykładach.

Pandemia chorób cywilizacyjnych.

Według WHO nawet 1/3 dorosłych mieszkańców Europy cierpi na otyłość[1]. Otyłość może zwiększać ryzyko[2] cukrzycy typu B nawet 7-krotnie (u mężczyzn) i aż 12-krotnie (u kobiet); ma bezpośredni związek z chorobą niedokrwienną serca; zwiększa ryzyko udaru niedokrwiennego o 64%; zwiększa ryzyko śmierci na choroby układu krążenia o 53% (porównywalne u kobiet i mężczyzn); a na domiar złego, upośledza funkcje oddechowe na drodze mechanicznej i metabolicznej. Wszystkie te przypadłości zwiększają z kolei ryzyko ciężkiego przebycia choroby koronawirusowej[3], w tym śmierci. A nie wymieniliśmy nawet innych czynników ryzyka, np. palenia tytoniu.

Teraz zadajmy sobie pytanie, o ile problem COVID-19 byłby mniejszy, gdyby skumulowany odsetek tych chorób stanowił nie 1/3 czy nawet 1/4, ale na przykład 1/100? Czy wówczas moglibyśmy sobie poradzić z pandemią bez globalnej kwarantanny w sposób bezprecedensowy wpływającej na wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej? Nie jest to bezpodstawne pytanie, szczególnie że mamy przykrą skłonność do bagatelizowania realnych problemów, dopóki nas nie dopadną. Tylko że jak już nas dopadną, z reguły jest za późno (epidemii w XXI wieku mieliśmy już kilka, dlatego zaskoczenie wynikłe z pojawienia się SARS-2 jest cokolwiek zaskakujące).

Nie chodzi w tym wszystkim o stygmatyzację osób z chorobami, a szczególnie tymi, wobec których medycyna jest bezradna. Sam zdołałem przez własną głupotę ująć sobie kilka lat zdrowia. Jednak otyłość (i szereg innych chorób metabolicznych wymienionych wyżej) w zdecydowanej mierze jest wynikiem stylu życia – braku regularnego snu, nieodpowiedniej diety, siedzącego trybu życia, stresu. Z każdą z tych rzeczy można sobie poradzić „domowymi” środkami.

Zdrowie to przecież najcenniejsze dobro człowieka i najlepsza inwestycja w przyszłość. Tymczasem poświęcamy mu najmniej uwagi. Co z tego, że przehandlujesz zdrowie za sukces zawodowy, skoro w wieku 53 lat umrzesz na serce? A nawet jak nie umrzesz na serce, to dopadnie Cię jeden z ponad 200 znanych gatunków wirusów zdolnych do infekowania ludzi?

Niestety, większość z tych problemów wynika w mojej ocenie z niskiego poziomu edukacji. Nawet lekarze nadal mają niewielkie pojęcie na temat dietetyki, co jest największym bodaj grzechem współczesnej medycyny. To, czego brakuje dziś, a czego nie brakowało np. starożytnym Grekom, to przywrócenie kulturze fizycznej równoprawnego miejsca zaraz obok kształtowania umysłu i ducha. Innymi słowy – odpowiedzialność za własne zdrowie powinna zyskać wymiar społeczny, powinna stać się cnotą obywatelską, tak jak tolerancja, uczciwość i pracowitość.

Żyjemy na kredyt, kosztem innych, nieodpowiedzialnie.

Wątła świadomość tego, jak nasze indywidualne wybory wpływają na społeczeństwo (lokalne, regionalne i globalne), stanowi tylko niewielki wycinek szerszego problemu, z którym borykamy się przynajmniej od początku czasów nowożytnych. Jest nim źle pojęty humanizm, a właściwie indywidualizm, który stworzył antyspołeczny kult jednostki, w przeciwieństwie do humanizmu klasycznego, greckiego, w którego centrum był człowiek polityczny odpowiedzialny za „społeczność ludzką”. Niepohamowany konsumpcjonizm, chorobliwy egocentryzm i zatrważająca krótkowzroczność zdają się być zaledwie symptomami głębszej przypadłości, której korzeni należy upatrywać w świecie idei.

Oczywiście bezrefleksyjne życie doczesnością ponad własne możliwości materialne nie byłoby możliwe, gdyby nie szereg patologicznych właściwości globalnego systemu dających po temu możliwości. Należą do nich m.in. kreowanie pustego pieniądza, pasożytowanie na mniej rozwiniętych krajach, zawłaszczanie coraz szerszych obszarów życia obywateli przez państwo (za zgodą tych pierwszych). W praktyce, dzięki powszechnym kredytom (udzielanym przez banki również na kredyt) możemy kupić w większości niepotrzebne nam rzeczy, których sami nie potrafimy wyprodukować, a gdy podwinie nam się noga, wszechmocne państwo „zadba” o nasze zdrowie i starość. Tylko czy na pewno zadba?

Główny problem zdaje się polegać na tym, że nawet w obliczu poważnego kryzysu nie zauważamy, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od systemu. Życie na kredyt jest dla nas tak oczywiste, że zaciągamy się na 30 lat bez mrugnięcia okiem. Często robimy to nie posiadając żadnych oszczędności, a planem B jest bankructwo lub przeprowadzka pod most. Wystarczyła perspektywa miesięcznej „kwarantanny”, aby szereg gospodarstw domowych i przedsiębiorstw straciło płynność finansową. Dlaczego nie posiadamy poduszki finansowej? Dlaczego nie posiadamy planu B na czarną godzinę? Łatwo jest planować sukces. Trudniej przygotować się na katastrofę. Tymczasem kryzysy były, są i będą powracać jak bumerang. Czy z bieżącego wyciągniemy odpowiednie wnioski i przygotujemy się na kolejne?

Czy może wówczas będą zarządzać nami już Azjaci, od których uzależniliśmy swój dobrobyt do tego stopnia, że dziś, w dobie bezprecedensowego kryzysu, nie jesteśmy w stanie samodzielnie wyprodukować niezbędnych do funkcjonowania dóbr – począwszy od zwyczajnych masek, a skończywszy na aktywnych składnikach potrzebnych do produkcji leków? Wiele wskazuje na to, że już niebawem będziemy zmuszeni ograniczyć swoje „doczesne” potrzeby do odpowiedniego minimum, bo bezrefleksyjne kupowanie zbędnych dóbr za bezgrosz stanie się niemożliwe.

Czy kolektywna psychika krajów wysokorozwiniętych żyjących dotychczas z usług i rozrywki zniesie praktyczny powrót do epoki przemysłowej? Czy jesteśmy gotowi wrócić do fabryk, aby własnymi rękoma produkować to, co konsumujemy? Kto wie, może bieguny odwrócą się do tego stopnia, że to my zaczniemy produkować tanie rzeczy dla Chin?

Czy jesteśmy gotowi na takie zmiany?

Życie należy brać na klatę. Ale klatę trzeba ćwiczyć.

Tragizm życia „chwilą obecną”, spontanicznego, ukierunkowanego wyłącznie na zaspokajanie własnych potrzeb i aspiracji, objawia się szczególnie dotkliwie w czasach kryzysu. Składa się na to kilka czynników, które spróbuję pokrótce scharakteryzować.

Po pierwsze, planowanie wyłącznie na dobre czasy i ignorowanie realnego ryzyka niepowodzenia, skutkują ciężkim zaskoczeniem, gdy z losowych przyczyn okoliczności rzucają wielkie kłody pod nogi. Zaskoczenie jest o tyle dotkliwsze, o ile silniejsza próba racjonalizacji złych decyzji: „Kto to mógł przewidzieć?”, „Skąd mogłem wiedzieć?”. Ot, choćby z historii, która jest pasmem niepowodzeń, a ponieważ jednak wolimy skupiać się na sukcesach stanowiących zaledwie kroplę w wielkim oceanie katastrof, to później jesteśmy zaskoczeni, że „nie wyszło”. Racjonalizm nakazuje zakładać, że cokolwiek planujesz, ma małą szansę powodzenia. Z tego wynika reszta.

Po drugie, brak elastyczności związany ze zbyt szczegółowym planowaniem. Dobry plan to taki, który nie runie na ziemię przy lekkim podmuchu wiatru. O ile cel końcowy działania powinien być jasny od początku, o tyle cele cząstkowe prowadzące do jego realizacji powinny dawać się modyfikować w zależności od zmieniającej się dynamiki sytuacji. Im bardziej jesteśmy oporni na zmianę, tym większy stres związany z niepowodzeniami.

Po trzecie, trwanie w fałszywym przekonaniu, że celem życia jest szczęście i prawdziwe życie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy już rozwiążemy wszystkie problemy. Jest zupełnie odwrotnie – życie polega na ciągłym mierzeniu się z coraz to nowszymi problemami i jedyną efektywną strategią przetrwania (czego dowodzi ewolucja) jest ciągła adaptacja. Szczęście to co ewentualnie jakiś tam ulotny rezultat dodatnich splotów okoliczności, których nie należy poszukiwać za wszelką cenę.

Po czwarte, mamy skłonność do interpretowania negatywnych wydarzeń przez pryzmat tylko i wyłącznie własnego doświadczenia. Kiedy coś nam się stanie, pytamy: „Dlaczego mi się to przydarzyło?”, „Czym sobie na to zasłużyłem/am?” lub konstatujemy, że „To niesprawiedliwie!”. I owszem, życie jest niesprawiedliwe, natomiast fakt, że akurat TOBIE się coś stało, nie świadczy, że Wszechświat w całej swej potędze się na Ciebie uwziął. Przypuszczalnie po prostu masz pecha, chociaż nadal przypuszczalnie mniejszego niż pozostałe 7 miliardów ludzi na świecie.

Cytując klasyka: Life sucks and then you die. Przyjmij to na klatę, a będzie ci lżej.

Uczmy się na błędach. Póki możemy.

Kryzysy są potrzebne, ponieważ obnażają nasze słabości. Pokazują prawdę o nas, naszych przywódcach, sile naszej cywilizacji, kultury i hierarchiach wartości. Kryzysy przypominają nam, że dobrobyt nie jest dany tylko wypracowany. W pocie czoła.

Olga Tokarczuk w jednym z wpisów na Facebooku komentując sytuację napisała, że na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.

Ale może to dobrze? Pokora nigdy nie była nam potrzebna tak jak dziś.

Pycha kroczy bowiem przed upadkiem.

___

[1] https://gateway.euro.who.int/en/indicators/h2020_6-overweight/

[2] https://www.hsph.harvard.edu/obesity-prevention-source/obesity-consequences/health-effects/

[3] https://onlinelibrary.wiley.com/doi/full/10.1002/dmrr.3319

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Językoznawca specjalizujący się w procesach poznawczych człowieka ze szczególnym uwzględnieniem wpływu języka na wybory moralne jednostki. Ukończył językoznawstwo kognitywne na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze