akceptacja psychologia

Odpuść sobie… akceptację. Czyli akceptacja w praktyce.

Akceptacja to bohater motywacyjny XXI wieku, którego dumna peleryna szczęścia okrywa mroki egzystencji przynosząc beztroskę, radość i spełnienie.

„Zaakceptuj siebie!” – krzyczą okładki magazynów motywacyjnych nawołując do emocjonalnego oczyszczenia. „Nie przejmuj się opinią innych!” – dodają, po czym zapewniają, że Ty wiesz najlepiej, czego potrzebujesz.

Nic bardziej mylnego.

Cokolwiek Ci dolega i cokolwiek chcesz wyleczyć, akceptacja prawdopodobnie nie jest rozwiązaniem, dlatego zostań ze mną jeszcze chwilę, a spróbuję wyjaśnić, dlaczego od akceptacji lepszy jest jej brak i jak można tę wiedzę wykorzystać do poprawy jakości swojego życia.

Błoga akceptacja

Rozważmy najpierw oczywistości. Co można mieć na myśli mówiąc „zaakceptuj siebie”? Zaakceptuj siebie jako człowieka? Jako osobę? Jako członka społeczności? Czy może mowa o akceptacji własnych wad, przywar, słabości, błędów?

O ile człowiekiem, osobą i członkiem/członkinią społeczności już jesteś i jakaś wtórna reakceptacja tego stanu rzeczy wydaje się niepotrzebną czynnością, to czy akceptację własnych niedomagań można racjonalnie obronić?

Zastanówmy się nad tym odrobinę. Załóżmy, że masz problemy z punktualnością i nagminnie spóźniasz się na spotkania tym samym marnując czas innych ludzi, pokazując brak szacunku wobec nich i – co gorsza – pokazując własne niedomagania. Czy wedle recepty Dra Beztroskiego należałoby ten stan zaakceptować i spóźniać się do woli na kolejne spotkania, bo opinia innych nie powinna wpływać na Twoje samopoczucie?

Załóżmy, że cierpisz na lenistwo i nie potrafisz wziąć się do produktywnej roboty, przez co większość czasu marnujesz na tanią rozrywkę, scrollowanie smartfona w poszukiwaniu pięknych stylizacji na piątkowe piwobranie lub po prostu irytowanie ludzi w Internecie wypowiadaniem się na tematy, o których nie masz bladego pojęcia. Czy to jest ta cecha, którą masz zaakceptować, bo bez tego ani rusz, a opinia innych nie ma znaczenia?

Podjadasz. Często, gęsto i bez opamiętania. Twoje zdrowie pozostawia wiele do życzenia, co odbija się nie tylko na stanie Twoich narządów wewnętrznych, ale również na atrakcyjności fizycznej (Twojej, zewnętrznej; narządy nie są przesadnie piękne). Nie oszukuj się – chcesz czuć się atrakcyjnie i nie ma w tym nic złego. Co więc robisz? A do cholery z tym, akceptujesz siebie! Dzięki akceptacji możesz czuć się atrakcyjnie i wciąż podjadać bez opamiętania. A gdy ktoś raczy zauważyć, że Twój wygląd zewnętrzny może wskazywać na choroby serca, wątroby czy insulinooporność, to wtedy możesz bez wahania wypalić: „Twoja opinia nie ma dla mnie znaczenia”.

Intuicyjnie wiesz, że akceptacja ujęta w powyższe przykłady jest kompletnym nonsensem, ale mimo wszystko spróbujmy sobie wyartykułować dlaczego.

Po pierwsze, opinia ma znaczenie.

Jesteś istotą społeczną i każdego dnia przeglądasz się w zwierciadle hierarchii społecznych, które mówi Ci, na jakim aktualnie poziomie jesteś. A od tego zależy Twoje samopoczucie. Wszystkie wybory, decyzje, osiągnięcia i porażki na bieżąco weryfikujesz w prywatnym lustereczku skrywanej próżności, czego wyrazem jest choćby niemalże cała Twoja aktywność w mediach społecznościowych.

Publikując treści na swojej tablicy, np. zdjęcia z wczasów na Seszelach lub własną podobiznę z aksamitnym uśmiechem czy spektakularnym bicepsem w przypadku samców, nie robisz tego nie oczekując odzewu ze strony innych użytkowników platformy. Całkowicie odwrotnie. Im mniej polubień, tym większe ryzyko, że Twój nastrój siądzie jak wiatr podczas flauty.

Dzieląc się opinią w żarliwej dyskusji na Facebooku oczekujesz, że inni użytkownicy polubią Twój komentarz, a jeśli okaże się, że Jaś XYZ, z którym fundamentalnie się nie zgadzasz, ma więcej polubień niż Twoja ostatnia rozprawka, wówczas jest duża szansa, że poczujesz niezadowolenie, złość lub uznawszy, że „wszyscy to debile” i się nie znają, zrezygnujesz z dalszego uczestnictwa w rozmowie.

Po co śledzisz najnowsze trendy, jeśli nie w celu przypieczętowania swojej „wyjątkowości” na arenie relacji społecznych? Dlaczego chętniej umówisz się z panem, który cieszy się dobrą opinią wśród koleżanek? Dlaczego wolisz panią, która zrobi furorę wśród kolegów?

Ponieważ przykładasz fundamentalną wagę do tego, co o Tobie myślą inni. Nie istniejesz poza kontekstem społeczeństwa.

Oczywiście nie oznacza to, że masz jak baran podążać za opinią innych. Mimo wszystko po to cywilizacje stworzyły hierarchie wyższych wartości, aby względnie skutecznie nawigować pośród oceanu złych wyborów w poszukiwaniu tego jednego, który w najlepszym wypadku nie doprowadzi Cię do katastrofy (a to już bardzo dużo!). Fakt, że współcześnie owe hierarchie dogorywają w rynsztoku i kryterium sukcesu stało się już tylko to, aby dobrze wypaść przed innymi, jest osobnym problemem. Tym niemniej, poleganie na zerojedynkowych rozwiązaniach – akceptuj / nie akceptuj – zdaje się być najgorszym z możliwych.

Po drugie, co Ty w ogóle wiesz o sobie?

Naprawdę. Twierdzenie, że Ty wiesz lepiej, co jest dla Ciebie dobre, to nadużycie równie monumentalne, co piramida Cheopsa. Nie, nie oznacza to, że ktoś inny wie lepiej, ale czasem posłużenie się opinią zewnętrznego obserwatora może przynieść lepsze rezultaty, niż zamykanie się na wszystko zgodnie z regułą, że jesteś alfą i omegą. Bohaterzy tej opowieści miewają skłonność do kończenia na odwyku lub w kostnicy. Emocje to nie żarty.

Co zabawne, bywa tak, że zewnętrzny obserwator będzie w stanie lepiej określić, czego potrzebujesz, bo Twój osąd jest zamglony bieżącym stanem emocjonalnym, który potrafi powyginać nawet człowieka o psychice Johna Rambo. Przecież po coś ludzie chodzą do psychoterapeutów, prawda? Czy robią to, ponieważ wiedzą, co jest dla nich najlepsze? Czy może dlatego, że nie potrafią przekroczyć horyzontu zdarzeń emocjonalnej czarnej dziury, która ich pożera?

Ale nawet jeśli masz wystarczająco dobrze poukładane klepki, to niestety Twoja maszyneria umieszczona między lewym a prawym uchem jest tak przewrotna, że dla Twojego własnego, podobno, dobra robi wszystko, aby uniemożliwić Ci racjonalne postrzeganie świata. Bez względu na to, jak bardzo racjonalistyczną osobą w swoim mniemaniu jesteś. I to złudzenie racjonalności prawdopodobnie też jest, nomen omen, machinacją Twojego mózgu, z której nie zdajesz sobie sprawy.

Przykład? Chętniej wpłacisz na akcję charytatywną, która dotyczy jednego dziecka w potrzebie. Jeśli w komunikacie pojawi się dwoje lub więcej dzieci, wówczas Twoja gotowość do wsparcia oraz datki maleją[i]. Słynny cytat, że śmierć jednostki to tragedia, a mas – statystyka, nie jest tylko frazesem rzuconym na wiatr.

Boisz się puścić dziecko do szkoły, bo w telewizji wyemitowano reportaż o porwaniu nastolatka idącego samotnie do szkoły? To właśnie heurystyka dostępności[ii], która powoduje, że Twoje aktualne poglądy są kształtowane przez najświeższe fakty. Czy przed obejrzeniem reportażu nie porywano dzieci? Porywano i przypuszczalnie nawet częściej, a jednak obawa przed utratą własnego dziecka nie była w Tobie tak silna przed emisją reportażu.

A może wydaje Ci się, że głosując w wyborach kierujesz się oceną kompetencji kandydatów? Bardzo mi przykro, ale istnieje większe prawdopodobieństwo, że Twój wybór jest po prostu atrakcyjniejszy z wyglądu[iii] (co utożsamiasz z kompetencją) i jest częściej pokazywany w telewizji. Zupełnie tak jak proszek Vizir reklamowany onegdaj przez Zygmunt Chajzera.

Powyższe przykłady to tylko wierzchołek góry lodowej.

Gdybyśmy byli racjonalni, niemal żadne działania marketingowe nie przynosiłyby zamierzonego rezultatu. A jednak, gdzie nie spojrzysz, widzisz reklamy usiłujące sprzedać Ci złudne szczęście, które, pomimo wiedzy, że takie próby są podejmowane względem Ciebie, kupujesz.

Nadal myślisz, że znasz się dobrze?

O ile teza, że tylko Ty wiesz co jest dla Ciebie dobre może jeszcze się obronić w przypadku seniorów, którzy przeżyli odpowiednio dużo życia i widzieli wystarczająco wiele katastrof, aby wiedzieć, czego NA PEWNO nie robić, to sprzedawanie podobnego nonsensu nastolatkom czy młodym wchodzącym dopiero w świat dojrzałości jest receptą na autodestrukcję. Bo co kieruje nastolatkami, jak nie impulsy? Co kieruje dorosłymi na dorobku? Jakieś spektakularne doświadczenie życiowe nabyte całkiem niedawno u rodziców na garnuszku lub w akademiku?

W poszukiwaniu sensu

Są rzeczy, na które masz wpływ i takie, na które nie masz. Nie masz wpływu na swoje potrzeby fizjologiczne. Musisz jeść, spać i defekować. Nie masz wpływu na to, że jesteś istotą emocjonalną. Będziesz doświadczać niesłychanych turbulencji w życiu i usilne poszukiwanie szczęścia wcale tego nie zmieni. Może nawet pogorszyć. Nie masz wpływu na to, kim się rodzisz, więc o ile nie cierpisz na porażenie mózgowe, a Twoja łepetynka pozwala Ci na względnie normalne funkcjonowanie, to właściwie na wszystko inne masz już wpływ. Mały czy duży, to osobna sprawa, ale masz, więc zamiast akceptować siebie, doprowadź się do takiego minimalnego stanu, który spowoduje, że zaczniesz czuć się ze sobą przynajmniej OK.

Bierna akceptacja czegokolwiek w niczym nie poprawi Twojego samopoczucia, jeśli nie wyznaczysz wartościowego celu i nie zaczniesz aktywnie dążyć do jego realizacji.

Cel daje Ci poczucie sensu. Warto mieć cel. Bierna akceptacja to droga do osobistego piekła, w którym jeśli jeszcze nie jesteś, to z pewnością będziesz. Czy akceptacja nie jest jednoznaczna z poddaniem się? Mówiąc „akceptuję siebie” mówisz „nie muszę nic zmieniać”. A przecież Twoje życie to studnia możliwości, zarówno dla Ciebie, jak i dla społeczności, w której żyjesz. Czy można wyznaczyć sobie wartościowy cel akceptując aktualny stan rzeczy? Po co coś robić, jeśli jest OK?

Dlaczego uważasz, że wszystko jest z Tobą w porządku? A może nie jest? Może jest całkowicie odwrotnie, ale z braku zdolności wzięcia odpowiedzialności za siebie oraz swoją społeczność wolisz uciekać się do wymówek, że życie utrudniają Ci ludzie roszczeniowi, manipulanci, rząd, reptylianie? Z pewnością Ci utrudniają, ale na tym polega życie. Niespodzianka!

Więc nie, nie akceptuj siebie. Możesz być znacznie lepszą pod wieloma względami osobą. Nie znaczy, że teraz jesteś złą lub bezwartościową. Absolutnie. Chociaż jest pewne prawdopodobieństwo, że w istocie jesteś. Ale nawet wtedy masz jeszcze większe pole do popisu, bo odbić się od dna to większe osiągnięcie, niż wspiąć się na szczyt.

A zatem wyznaczasz wartościowy cel. Jak to zrobić? Wyjaśniam w 7 kroków do samodyscypliny.

Jednocześnie przyjmujesz odpowiedzialność za siebie i swoje otoczenie.

A jeśli na rozdrożach złych i gorszych wyborów nie wiesz, w którą stronę iść, to wbij sobie do głowy, że najlepszą strategią prowadzenia jakościowego życia jest wzajemność.

A nie żadna tam akceptacja.

Ostatnia aktualizacja: 2019.05.01
___

[i] Kogut T, Ritov I (2005) The “identified victim” effect: An identified group, or just a single individual? J Behav Decis Mak 18: 157–167.

[ii] Tversky, Amos; Kahneman, Daniel (1981). “The Framing of decisions and the psychology of choice”. Science. 211 (4481): 453–58.

[iii] Franklin, R. G., Jr, & Zebrowitz, L. A. (2016). The influence of political candidates’ facial appearance on older and younger adults’ voting choices and actual electoral success. Cogent psychology, 3(1), 1151602. doi:10.1080/23311908.2016.1151602

Czy ten artykuł był przydatny?

Podziel się oceną! 🙂

Ocena: / 5. Głosów:

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Językoznawca specjalizujący się w procesach poznawczych człowieka ze szczególnym uwzględnieniem wpływu języka na wybory moralne jednostki. Ukończył językoznawstwo kognitywne na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze

  • Adamie czytanie twoich artykułów to prawdziwa uczta intelektualna.Głęboko przemyślane i rozsadnie, rzeczowo argumentowanie tezy.Dziękuję!

  • Często takiej bezrefleksyjnej akceptacji siebie towarzyszy postawa “to mi się należy, zasługuję na więcej”. I prowadzi do bierności a dalej frustracji z powodu tego, że świat ciągle mnie nie docenia, że szczęście nie przyszło, że nie mam ciągle tego idealnego partnera. Pośrednio pisałeś już zresztą o tym.
    Zaakceptować w sobie to, czego zmienić się nie da, a poprawiać to, co zmienić się da. Na lepsze. Buddyzm 🙂 Szczęście nie przychodzi, bo nie ma nóg, szczęśliwe życie możemy sobie stworzyć sami, bez względu na zewnętrzne okoliczności. Nawet to zbadano: http://neuropsychologia.org/co-czyni-nas-szcz%C4%99%C5%9Bliwymi
    Trochę poszedłem w dygresję, ale chyba nie za głęboko.

    • Człowiek istota społeczna – bez innych ani rusz. Dlatego często piszę o wzajemności i roszczeniowości, bo jeśli nie potrafimy stosować się do reguł, które kształtowały naszą etykę od setek milionów lat, to marne mamy szanse na prowadzenie jakościowego życia.

      P.S. Co do zasady staram się unikać słowa “szczęście”, bo narosło wokół niego za dużo dziwnych hipotez.

  • Nie umówilbym sie z dziewczyna bo robi furore wśród kolegów. Wiele stwierdzeń w artykule to uproszczenia i generalizacje.

  • Nie do końca się zgodzę, uważam, że akceptacja jest pierwszym krokiem ku wprowadzeniu zmian. Jeśli np. oszukuje sam siebie i nie mówię sobie prawdy o tym, że dla przykładu notorycznie się spóźniam. Wypieram to ze swojej głowy, zawsze szukam w sobie wymówek, że znowu jakaś zewnętrzna siła mi przeszkodziła, to to właśnie według mnie jest brak akceptacji. To jest tworzenie iluzji na swój temat. Natomiast jeśli zaakceptuje fakt, że tak, rzeczywiście notorycznie się spóźniam, wiem o tym. Akceptuje w pełni to, że taki jestem, zauważam to, bez oszukiwania siebie i wypierania tego. To dopiero wtedy mogę zacząć pracę nad zmianom tego nawyku. Taki jestem i od dziś zaczynam zmianę. Ja w takiej formie rozumiem akceptowanie siebie. Nie jako coś biernego, ale jako pierwszy krok ku pracy nad sobą i zmianie swoich nawyków, które mi nie służą.