Tekst o emocjach, czyli o niczym

Są takie teksty, które mówią wiele o emocjach, jeszcze więcej o świecie, ale tak właściwie nie mówią niczego. Poniższy będzie właśnie takim tekstem.

Historia pewnego Pacjenta z pustym spojrzeniem

Kiedyś byłem w szpitalu.

Mimo że technicznie rzecz biorąc na oddziale rehabilitacji, to umierało tam więcej osób niż na neurologii. Właściwie to nie wiem, czy tak faktycznie było, ale kilka zgonów i wylewów na przestrzeni 6 miesięcy jest wystarczającą recenzją tego przybytku.

Na oddział przybywali różni ludzie i było ich wystarczająco wielu, aby poznanie i zapamiętanie wszystkich graniczyło z cudem. Zresztą komu by się chciało.

Pewnego dnia na oddział przyszedł chłopak. Na oko 17 lat, ale mógł mieć wiele więcej. Czarny, niewysoki, raczej szczuplejszy niż powinien. Ponieważ przyszedł o własnych nogach i właściwie nie wykazywał jakichś widocznych ubytków, to siłą rzeczy musiał wzbudzić niejakie zainteresowanie wśród mniej mobilnych, których na oddział wnoszono lub wtaczano.

A może tylko ja tak miałem.

Chłopak, którego imienia kompletnie nie pamiętam i nawet nie wiem, czy kiedykolwiek mi się przedstawił, był przeze mnie nazywany „Pacjentem”. Również w osobistych interakcjach na korytarzu, gdzie przy jedynych zdatnych do bieżącego kontemplowania fekalnej atmosfery noszach, krzyżowało się większość niekoniecznie wesołych historii przebywających na oddziale nieszczęśników.

„Pacjent” chodził na rehabilitację dosyć wcześnie, dlatego z reguły spotykaliśmy się przy rzeczonych noszach. Zafrapowany obecnością skądinąd zwinnego i zdrowo wyglądającego pacjenta w miejscu, które nawet diabeł omijał szerokim łukiem, po wielu dniach, a może i tygodniach, w końcu zapytałem, co mu dolega.

Oczywiście nie omieszkałem zaznaczyć, że wizualnie odstaje od oddziałowej średniej, a w duchu uważałem, że ktoś go tam zainstalował po znajomości.

Nie dowiedziałem się niczego, co zaspokoiłoby moją ciekawość. Pacjent odpowiadał w sposób nie tyle tajemniczy, co zawadiacki: „Ćwiczę sobie”. Czy coś na tę nutę.

Cierpiał na stwardnienie rozsiane, o czym dowiedziałem się później od osoby trzeciej. Multiple sclerosis. W skrócie: MS. Nieuleczalna choroba, która każdego dnia odbiera człowiekowi władanie nad ciałem, aż zredukowany zostaje do bezładnej masy mrugającej oczami. Jeśli ma szczęście.

Szczęście?

Taki Stephen Hawking.

„Pacjent” budził się każdego dnia wiedząc, że w końcu przestanie chodzić, później ruszać rękami, w końcu nie będzie mógł usiedzieć w wyprostowanej pozycji bez pomocy odpowiednich urządzeń. A gdy już zacznie go wykręcać na boki, niby nadepniętą dżdżownicę, pozostanie mu już tylko czekanie.

Nie każdy jest Hawkingiem. „Pacjent”, mimo że na astrofizyce pewno się nie znał, miał w sobie coś, co człowiek nabywa, gdy życie doświadczy go na tyle poważnie, że niewiele już może go zaskoczyć.

Spojrzenie skazanego. Pokorne, trochę puste, może zrezygnowane, ale bystre. Przejawiające wyższą formę zrozumienia.

Nazywam to wyuczoną empatią.

To taka empatia, która wynika nie z reakcji organizmu na krzywdę, ale z doświadczenia. Nie musisz nic czuć. Wystarczy wspomnienie. Wiedza.

„Pacjent” się nie skarżył, a przynajmniej ja nie pamiętam. Możliwe, że byłem zbyt zaabsorbowany sobą.

Nie wiem, kiedy opuścił oddział.

Zapamiętałem spojrzenie.

Zachwyt

Znany bloger o przyjemnej aparycji i zaawansowanej muskulaturze pozuje do selfie, wyjaśniając przy okazji, że trzeba czerpać z życia wszystkimi garściami, bo jedyne ograniczenia to te, które sami sobie stawiamy.

Pewność siebie, pogoda ducha, sukces.

Wzbudza podziw.

Nie ma nic złego w ładnej sylwetce.

Nie ma nic złego w nienagannym uczesaniu.

Nie ma nic złego w inspirowaniu innych do radości.

A jednak jakiś dysonans pozostaje.

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Ukończył filologię angielską ze specjalizacją językoznawczą na Uniwersytecie Warszawskim. Pilot wycieczek zagranicznych, specjalista od marketingu cyfrowego, lektor języka angielskiego, tłumacz. Fascynat psychologii ewolucyjnej, antropologii, astrofizyki, języka chińskiego i geopolityki.

Wyraź swoją opinię