Psychologia podatków – dlaczego płacisz, mimo że niekoniecznie chcesz

Psychologia podatków to temat zawiły jak Amazonka. Wgryzając się w zagadnienia naukowe związane z podatkami byłem zaskoczony, że przez ostatnie kilka dekad uczeni poświęcili zdecydowane wolumeny swojego intelektu na zgłębianie mechanizmów odpowiedzialnych za to, dlaczego podatki w świecie cywilizacji zachodniej są takie, jakie są. Kwestie poruszane przeze mnie na przestrzeni tego artykułu to zaledwie wierzchołek góry lodowej, na którą składają się liczne i jakościowe badania z zakresu szczególnie ważnej dla mnie psychologii kognitywnej. Szczególnie ważnej, ponieważ procesy poznawcze i błędy z nich wynikające są powszechne u wszystkich ludzi bez względu na preferencje polityczne, pochodzenie czy wyznanie, a współczesne systemy podatkowe niezwykle chętnie eksploatują nasze ułomności, aby maksymalnie obciążyć portfel podatnika, minimalnie obciążając jego psychikę z tego tytułu.

Większość przedstawionych przeze mnie badań wykonanych zostało w USA, kraju o relatywnie wysokiej etyce podatkowej. Zakładam, że kwestie negatywnych preferencji (stosunek do podatków, unikania podatków, etc.) będą bardziej jaskrawe w krajach o niskiej etyce podatkowej (Grecja, Hiszpania, Ameryka Łacińska) i mniej jaskrawe w krajach o wysokiej etyce podatkowej (Niemcy, Szwecja), dlatego nie wszystkie wnioski płynące z tego tekstu będzie można zastosować do wszystkich narodów naszego kręgu kulturowego. Za wyjątkiem tych wynikających z błędów poznawczych oczywiście.

Jeśli gdziekolwiek dopuściłem się błędu, przekłamania lub innego grzechu, proszę o komentarz. Nie jestem ekonomistą i weryfikacja wszystkich faktów zajęła mi większą część czasu, jaki poświęciłem na ten artykuł. Niemniej, błędy mogły się wkraść niepostrzeżenie, dlatego za wszelkie uwagi będą wdzięczny.

Ile płacisz podatku (w Polsce)

Zacznijmy najpierw od spraw, o których dużo się mówi, ale najczęściej za pomocą manipulacji. Co to jest podatek i ile go płacimy? Podatek to każdy pieniądz, który państwo zabiera Ci z portfela w ramach obowiązkowych danin (logicznie rzecz biorąc wszelkie mandaty i kary nie mieszczą się w zakresie tej definicji).

Ile płacisz podatku? Zakładając, że pracujesz na umowę o pracę, a większość Polaków o tym marzy, to przy średnim zarobku 3 000 zł brutto (nie mylić z medianą!) w portfelu zostaje Ci 2 156 zł. Jeśli całe 2 156 zł wydajesz na bieżącą konsumpcję, to efektywnie płacisz ok. 15% podatku VAT. Zostaje 1 832 zł.

Aby coś wyprodukować, trzeba zapłacić podatki – VAT* za surowce, akcyzę za paliwo, ZUS za pracowników, etc. To wszystko przerzucane jest na Ciebie, ponieważ producent na koniec dnia musi zarobić na sprzedaży. Nie znalazłem dokładnych szacunków, ile faktycznie płacimy z tytułu podatkowych kosztów produkcyjnych, ale podejrzewam, że nie zrobię zbyt dużej krzywdy prawdzie, jeśli założę, że na tym pułapie wydatków będzie to umowne 200 zł. Innymi słowy – z 1 832 zł zostaje Ci 1 632 zł. (*VAT z tytułu producent może sobie odliczyć, natomiast sporną kwestią jest, czy to odliczenie wpływa na wzrost czy spadek ceny produktu końcowego).

Korzystasz z samochodu? Tankując Euro 95 za 100 złotych, prawie 60 zł to podatki (opłata paliwowa, VAT, akcyza). Jeśli miesięcznie wydajesz na dojazdy 200 złotych, to (bez VAT-u, który odliczyliśmy wcześniej) z pensji zostaje Ci 1 500 zł.

Palisz? 80% z kwoty, którą wydajesz miesięcznie na wyroby tytoniowe to podatki (akcyza i VAT). Dla świętego spokoju nie będę już wliczać w to wszystko abonamentu RTV, podatku od nieruchomości, lokat i zapewne paru innych rzeczy, o których sam nie mam pojęcia.

I tak bez jakiegoś konkretnego powodu z 3 000 zł brutto robi się ledwo 1 500 zł.

Jeśli myśleliście, że to wszystko, to niestety nie. Aby wypłacić Wam te 2 156 złotych, pracodawca musi wyłożyć 3 618 złotych, z czego 618 zł zabiera państwo na fundusz pracy, ZUS i gwarantowane świadczenia pracownicze. Jeśli zatem na papierze zarabiacie 3 000 złotych i wydajecie wszystko na konsumpcję, paliwo i używki, to oddajecie państwu bez mała 65% swoich zarobków. Oczywiście, jeśli prowadzicie ascetyczny tryb życia i odżywiacie się byle czym, to jest szansa, że będzie to „tylko” 50%, a jak otworzycie raport jednej z ważnych instytucyj europejskich, to okaże się, że zaledwie 36% (oczywiście na papierze).

O tym, że nasza praca jest warta 3 618 zł, a nie 3 000 zł brutto, jak widnieje na umowie o pracę, w ogóle nie wiemy, a jeśli już dotrze do nas taka informacja, to traktujemy ją, jakby nie dotyczyła nas w najmniejszym stopniu. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, a często nie chcemy przyjąć do wiadomości, że pracodawca szacując pensję, którą może przeznaczyć na dane stanowisko, wlicza w nią te 618 złotych, które płaci na rzecz państwa. Innymi słowy – pracodawca wystawiając ofertę pracy za 3 000 zł brutto faktycznie wystawia ofertę za 3 618 zł, ale z całej kwoty dociera do nas zaledwie 2 156 zł, a później jeszcze trochę oddajemy w innych daninach.

Im więcej skomplikowania, tym lżej dla psychiki

W 1520 roku chłop pańszczyźniany musiał przepracować 1 dzień w tygodniu za darmo, a później obciążenie zależało od wielkości gruntu i mogło wynosić np. 6 dni. Różnica wtedy polegała na tym, że chłop mógł odpracować te 6 dni w 1 dzień, jeśli pracował np. ze swoimi synami (zaleta posiadania potomstwa). Co ciekawe, taki „zniewolony” chłop mógł utrzymać wielodzietną rodzinę i jeszcze zrobić zapasy. Dziś pracujemy ponad pół miesiąca roboczego na daniny dla państwa i jeszcze mówi się o konieczności zwiększenia obciążeń, ponieważ według ważnych instytucyj mamy jedne z najniższych podatków w Europie. Przy okazji mieszkamy z rodzicami, a na pierwsze dziecko decydujemy się po 30-stce.

Podatki jednak są jakie są i z jakiegoś powodu zgadzamy się je płacić, a biedę i trudne warunki życia tłumaczymy niegospodarnością państwa lub chciwością przedsiębiorców. O podatkach albo zapominamy, albo w ogóle nie zdajemy sobie sprawy, jak dużą część zarobków oddajemy państwu na sprawy, o których nawet nie mamy pojęcia. Ale dlaczego tak właściwie jest? Powodów jest kilka.

Z punktu widzenia psychologii kognitywnej, dla współczesnego pracownika podatki właściwie nie istnieją, bo idąc do pracy negocjujemy kwoty netto a nie brutto, a jedyny kontakt z aparatem fiskalnym mamy wypełniając PIT w kwietniu i później oddając ewentualną nadwyżkę zarobków z tytułu rozliczenia. Obciążenie psychiczne z tytułu utraty czegoś, czego nigdy nie mieliśmy fizycznie, jest o wiele mniejsze, niż w przypadku fizycznej utraty konkretnego dobra.

Innymi słowy, system podatkowy jest tak skonstruowany, aby przeciętny podatnik nie czuł, że jest mu cokolwiek zabierane. Zamiast jednego dużego podatku, np. 60%, mamy kilkanaście mniejszych widocznych i niewidocznych, różnie nazywanych dla niepoznaki. Płacimy składki, opłaty, akcyzy, ubezpieczenia, etc. Prawda, że każde z tych słów brzmi ładniej niż ‘podatek’?

Zatem prosty i zrozumiały dla każdego system podatkowy jest z punktu widzenia rządu nieefektywny, ponieważ nikt o zdrowych zmysłach nie zgodziłby się na oddawanie 50% swojej miesięcznej krwawicy na nie do końca wiadomo co. W przeszłości z tytułu zbyt dużych obciążeń i nierówności wybuchały powstania, jak choćby powstanie chłopów pańszczyźnianych na Podhalu w 1651 r. czy Wielka Rewolucja Francuska w 1789 r. Współczesne mechanizmy inżynierii społecznej pozwalają łagodzić niepokoje do tego stopnia, że coś, co w XVII czy XVIII wieku było nie do pomyślenia, w tej chwili jest normą.

Powszechność transakcji bezgotówkowych pozwala w dużej mierze ukryć skalę obciążeń przed podatnikiem, ponieważ fizycznie nikt niczego nam nie zabiera. Dawniej chłop musiał oddać część tego, co zebrał w polu, a więc fizycznie sprzed oczu znikały mu zbiory. W innych formach rozliczeń chłop musiał przepracować konkretny okres za darmo, a więc np. przez dwa dni niczego nie dostawał w zamian za swoją pracę w systemie folwarkowym. Dziś pracujemy za wirtualne pieniądze i mamy przekonanie, że każdy dzień naszej pracy to dzień, za który otrzymujemy wynagrodzenie. I faktycznie, jak sobie uśrednimy na koniec miesiąca, to statystycznie rzecz biorąc można sobie tak na to patrzeć. Jest to w pewnym sensie zdrowsze, bo idąc do pracy w przekonaniu, że pierwszy tydzień (lub dwa) robimy za darmo, nasza wydajność byłaby zatrważająco niska.

Co innego, gdyby pensje były wypłacane codziennie w postaci podziału owoców wykonanej pracy, a podatek był fizycznie odejmowany od tego, co nagromadziliśmy. Na naszych oczach. Wyobraźcie sobie, że pracujecie w sadzie owocowym i zbieracie jabłka. Z tytułu umowy z właścicielem sadu musicie dziennie uzbierać dla niego 10 koszy jabłek. Z uzbieranej kwoty otrzymujecie dwa kosze jako zapłatę, a ze wszystkiego, co uzbieracie ponadto – 1/3 jako bonus. Na koniec dnia jednak przychodzi urzędnik i zabiera Wam jeden z dwóch koszy będących zapłatą oraz połowę z tego, co zostało Wam jako bonus.

Co byście powiedzieli na taki układ?

Jak z podatku zrobić dodatek

W standardowej ekonomii nagroda jest brakiem kary, a kara jest brakiem nagrody. Dodatek dla rodzin jest karą dla bezdzietnych, dodatek dla małżeństw jest karą dla singli. Ludzie są bardziej skłonni do postrzegania daniny pozytywnie, jeśli określana jest w kategoriach dodatku lub bonusu, a nie kary. Thomas Schelling w 1981 spytał[1] swoich studentów, kto powinien dostać wyższą zapomogę z tytułu posiadania dziecka – bogaci czy biedni. Oczywiście studenci odpowiedzieli, że biedni. I wcale im się nie dziwię. Sam pewnie miałbym taką inklinację. Jednak później Schelling odwrócił pytanie i zapytał, kto powinien płacić większy podatek od bezdzietności – bogaci czy biedni. Jak możecie się domyślić znów padło na bogatych, natomiast danina ponoszona przez ubogich ale bezdzietnych została uznana jako zbyt wysoka.

W czym tkwi hak? Jeśli zakładamy, że ubodzy z dziećmi powinni otrzymywać bonus (np. zwolnienie z podatku), to musimy też założyć, że są ubodzy bez dzieci, którzy takiego bonusu nie otrzymają. Jedni są zatem karani podatkiem za brak potomstwa, a drudzy – wynagradzani (zwolnieniem z podatku). W obu sytuacjach cały czas mówimy o tym samym, ale używamy dwóch różnych ram odniesienia, aby zmanipulować preferencje odbiorcy.

Aby jeszcze prościej wyjaśnić źródło całego ambarasu, skupmy się na wszystkich ludziach bez wchodzenia w progresję podatkową (czyt. bogaci płacą więcej, biedni mniej). Jeśli ludzie z dziećmi mają 50% upustu z tytułu podatku dochodowego, to siłą rzeczy ludzie bez dzieci muszą płacić 50% więcej podatku niż dzietni. Czy gdyby wszyscy płacili taki sam podatek lub nie płacili wcale, to czy ktokolwiek byłby z niego całkowicie lub częściowo zwolniony? Nie.

Rozważmy inny przypadek. Załóżmy, że chcemy wprowadzić podatek od transakcji kartą płatniczą w wysokości 10 gr zł, ale jednocześnie chcemy uniknąć poczucia klientów, że zostali obciążeni nową daniną. Aby uniknąć fali niezadowolenia, podatek nazywamy ulgą od płatności gotówkowych. Z perspektywy ekonomii rachunek jest ten sam – transakcja kartą płatniczą kosztuje 10 gr więcej względem transakcji gotówkowej, a klient jest zadowolony, że może skorzystać z atrakcyjnego upustu. Obserwację taką poczynił zresztą Richard Thaler w 1980 wykazując[2], że ludzie chętniej korzystają z karty kredytowej, gdy dodatkowy koszt transakcji postrzegany jest przez pryzmat rezygnacji z promocji (upust za płatność gotówką), a nie podatku (z tytułu płatności kartą).

Racjonalność w spojrzeniu na podatki

Z racjonalnego punktu widzenia podatników powinien interesować całkowity rozmiar obciążeń, bez względu na to, czy chodzi o podatek dochodowy czy podatek od wynagrodzeń pracowników (płacony przez pracodawcę, czyli to 618 zł, o którym wcześniej pisałem). Uczeni dostarczają jednak solidnych dowodów na poparcie tezy, że jest zupełnie odwrotnie, tj. że myślimy o podatkach w oderwaniu od rozumu przez pryzmat licznych błędów poznawczych i generalnie nie ma to ekonomicznego sensu.

Po pierwsze trzeba sobie uświadomić, że składki na ZUS, służbę zdrowia czy świadczenia pracownicze nie „idą” na ZUS, służbę zdrowia i świadczenia pracownicze. To jest kwestia umowna. Dochody z tytułu tych podatków idą do jednego państwowego koszyka, z którego dopiero później redystrybuowane są na poszczególne potrzeby. Symptomem tego jest chociażby tzw. „bankructwo” ZUS-u, do którego pompowane są środki z innych miejsc, aby podtrzymać system czy dług publiczny zbliżający się powoli do 1 biliona złotych[3]. Innymi słowy – ZUS czy służba zdrowia finansowane są również z akcyzy, podatku dochodowego, zadłużeń państwa (czyt. obywateli), etc.

Jaka jest zatem różnica między podatkiem dochodowym a podatkiem od wynagrodzeń? Oprócz innej nazwy i innego obciążenia „psychicznego” – nie ma żadnej.

A mimo to jesteśmy bardziej skłonni zgadzać się na podatki od wynagrodzeń niż podatki dochodowe, ponieważ te pierwsze określane są jako „składki” (czyli uderzamy w nutę solidarności obywatelskiej, złudnej dobrowolności, wspólnego dobra), wiązane są niesłusznie ze świadczeniami socjalnymi, rzekomo ponoszone są w większej mierze przez pracodawców (a faktycznie przerzucane są na pracowników, tylko nikt nam o tym wprost nie powie), pobierane są bez naszej wiedzy i przejawiają się w postaci małych i częstych sum, a nie jednej wielkiej[4].

W serii eksperymentów[4] McCaffrey zauważył, że badani byli bardziej skłonni do akceptowania wysokich podatków, kiedy rozbite były na dwie różne daniny, niż gdy mieli do czynienia z jedną o dokładnie tej samej sumie. Obserwacja ta potwierdza również tezę, że przeciętny podatnik nie postrzega podatków całościowo tylko indywidualnie, nawet mimo faktu, że matematycznie nie ma między nimi żadnej różnicy. Innymi słowy – jesteśmy w stanie znieść wyższą daninę, jeśli rozbita jest na wiele mniejszych, niż gdyby rozliczana była sumarycznie jako wielka całość[4].

Wyższe podatki wydają się nam również „uczciwsze”, kiedy przedstawiane są w procentach niż w konkretnych kwotach. W jednym z eksperymentów McCaffrey wykazał, że badani preferują więcej progresji podatkowej, gdy pytanie jest zadane w procentach, a nie w dolarach. Nie miało właściwie znaczenia, że pytania dotyczył tych samych, tylko inaczej przedstawionych kwot.

Czy jesteśmy podświadomie uprzedzeni do podatków?

Pytanie, czy lubimy podatki, może wydawać się nieco absurdalne, zatem bardziej zasadne jest spytanie, co sądzi na ten temat nasza podświadomość.

Wyniki eksperymentu przeprowadzonego w 2011[9] potwierdzają hipotezę, że podatki traktowane są przez nas w sposób szczególny. Uczestnicy badania, którym przedstawiono dwa rodzaje promocji, byli wrażliwi na rodzaj zniżki do tego stopnia, że przyćmiło to ich postrzeganie opłacalności wyboru. Zdecydowana większość badanych wolała jechać 30 minut, aby otrzymać zniżkę w wysokości 8% związaną z podatkiem (np. promocja typu „tniemy VAT”), niż o 1% wyższą zniżkę nie mającą żadnego związku z podatkiem (np. z tytułu wietrzenia magazynu). Rezultaty jasno pokazują, że ludzie nie tylko nie są fanami podatków, ale przede wszystkim są wobec nich uprzedzeni do tego stopnia, że wolą poświęcić czas i pieniądze, aby ich uniknąć, nawet jeśli nie jest to specjalnie opłacalne z ekonomicznego punktu widzenia.

Obserwację tę potwierdziły właściwie trzy kolejne badania przeprowadzone przez uczonych w ramach studium. W kolejnych eksperymentach uczeni wykazali, że konsumenci są bardziej skorzy do czekania w kolejce, gdy obniżka dotyczy podatku, nawet jeśli inny rodzaj równie atrakcyjnej zniżki nie wiąże się ze staniem w kolejce. Uczestnicy kolejnego badania z kolei woleli zainwestować środki w obligacje objęte zwolnieniem podatkowym niż równie opłacalnymi obligacjami bez zwolnienia.

Przytoczone eksperymenty pokazują, że ludzie nie lubią podatków z powodów wykraczających poza aspekt stricte finansowy, polityczny czy ideologiczny. Mimo że wszyscy uczestnicy badania pochodzili z USA, uczeni zauważyli podobne tendencje również wśród ludności Wielkiej Brytanii. Ponieważ badanie przeprowadzone zostało na przestrzeni dwóch lat, można śmiało założyć, że rezultaty nie wynikały z konkretnego wydarzenia politycznego.

Kiedy chodzi o nas, wszystko jest względne

I nie ma w tym ani krzty przesady. Liczne badania wskazują, że gdy pada propozycja podwyższenia podatków, to najchętniej wskazujemy bogatych jako tych, którzy powinni ponieść brzemię dźwigania dobra publicznego na swoich ramionach. Problem pojawia się wtedy, gdy przychodzi do zdefiniowania, kim są właściwie ci bogaci.

W 2011 magazyn Reason.com przeprowadził sondę[5] pytając Amerykanów, czy rząd USA powinien podwyższyć podatki zamożnym. Na “tak” było aż 69% respondentów, dlatego następnie zapytano, jaki poziom dochodów gospodarstwa jest wg nich oznaką zamożności. Co się okazało? Badani konsekwentnie wskazywali zamożnych jako tych, którzy zarabiali więcej od nich, co sugerowałoby, że owszem podwyżka podatków jest zasadna, byle nie dotyczyła ich samych. Respondenci zarabiający mniej niż 25 000$ rocznie wskazywali zamożnych jako osoby zarabiające od 100 000 do 500 000 rocznie, z kolei ci, których przychody oscylowały między 100 a 200 tys. optowali za opodatkowaniem zarabiających minimum 250 tys. Jak możecie się domyślić, zarabiający ponad 200 tys. wskazywali zarabiających ponad 300 tys. i tak dalej.

Nie powinno to jednak specjalnie zaskakiwać. Już w 1981 Melzter i Richard sugerowali[13], że ludzie z dochodem poniżej mediany popierają wysokie podatki i większą redystrybucję (czyli funkcjonalnie przekazanie pieniędzy bogatych biednym), natomiast ludzie powyżej mediany żądają niższych podatków i mniej redystrybucji. Kilka innych badań[6][7] potwierdziło tę hipotezę dowodząc, że nasze postrzeganie podatków zależy od osobistych lub klasowych korzyści.

Wspólne mianowniki jednak istnieją

Warto zastanowić się, z czego wynikają różnicę w preferencjach podatkowych wśród różnych nacji. Szwedzi, Niemcy i Szwajcarzy powszechnie uchodzą za wzór podatkowego naśladownictwa (w sensie podejścia do podatków, a nie stawek podatkowych), natomiast Grecy czy Polacy niekoniecznie.

Odpowiedzią na to pytanie jest właściwie jedno słowo: zaufanie. Kirchler[10] wskazuje, że społeczeństwa, które ufają swoim rządom i widzą konkretne korzyści z uczciwego płacenia podatków, mają mniejszą skłonność do ich unikania. Zdrowe relacje między państwem a podatnikiem muszą być utrzymywane przez pozytywne zachowania i uczciwość władzy, dobrze funkcjonujące instytucje państwowe i traktowanie podatników jak klientów, a nie potencjalnych przestępców.

Oczywiście naiwnym byłoby porównywanie Szwecji i Polski czy Szwajcarii i Grecji w skali 1:1. Mamy inne historie, inną mentalność i inne źródła dochodów, ale też zupełnie inaczej reagujemy na manipulacje i propagandę. Nie da się efektywnie powielić jednego systemu podatkowego w innym regionie świata.

Warto też zdawać sobie sprawę, że są inne, lepsze źródła dochodów państwowych niż podatki dochodowe, akcyzy, ZUS-y i tym podobne. Dwa największe bogactwa każdego państwa to zasoby naturalne i zasoby ludzkie. Jesteśmy krajem bogatym w liczne złoża i ważnym producentem surowców mineralnych takich jak np. miedź srebro, cynk, ołów, metale rzadkie np. ren czy węgiel oraz wiele innych surowców chemicznych i skalnych. W 2011 r. w Polsce zidentyfikowano 12 tys. 475 złóż, w tym 4 tys. 592 jest zagospodarowanych[11]. Według Polskiej Geotermalnej Asocjacji[12], mamy bogate zasoby energii geotermalnej. Ze wszystkich odnawialnych źródeł energii najwyższy potencjał techniczny posiada właśnie energia geotermalna, która stanowi ok. 30% krajowego zapotrzebowania na ciepło.

Zasoby ludzkie to natomiast każda minuta Twojego życia, którą poświęcasz na pracę w zwolnionej z podatku korporacji międzynarodowej.

___
[1] Schelling, T. C. (1981). Economic reasoning and the ethics of policy. Public Interest, 63, 37–61.
[2] Thaler, Richard H. (1980). “Toward a positive theory of consumer choice”. Journal of Economic Behavior & Organization. 1 (1): 39–60. doi:10.1016/0167-2681(80)90051-7
[3] http://www.dlugpubliczny.org.pl
[4] McCaffery, E.J., and Baron, J. (2003). The Humpty Dumpty blues: Disaggregation bias in the evaluation of tax systems. Organizational Behavior and Human Decision Processes, 91, 230-242.
[5] http://reason.com/poll/2011/09/19/tax-the-rich2
[6] Dornstein, M. 1987. Taxes: Attitudes and perceptions and their social bases. Journal of Economic Psychology, 8, 55-76.
[7] Peggy A. Hite and Michael L. Roberts. An Experimental Investigation of Taxpayer Judgments on Rate Structure in the individual Income Tax System. The Journal of the American Taxation Association 13 (Fall 1991), pp. 47-63.
[8] http://tvn24bis.pl/surowce,78/podatki-paliwo-marza-sprawdz-za-co-placisz-tankujac-samochod,504967.html
[9] Sussman, A. B., Olivola, C. Y. (2011). Axe the tax: Taxes are disliked more than equivalent costs. Journal of Marketing Research, 48, S91-S101.
[10] Kirchler, Erich (1998), “Differential Representations of Taxes: Analysis of Free Associations and Judgments of Five Employment Groups,” Journal of Socio-Economics, 27 (1),421–437.
[11] http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/surowce-naturalne-w-polsce-eksperci-bardzo,12,0,1732108.html
[12] http://www.pga.org.pl/geotermia-perspektywy.html
[13] Meltzer and Richards. 1981. A rational theory of the size of government. Journal of Political Economy 89 (5): 914-927.

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Ukończył filologię angielską ze specjalizacją językoznawczą na Uniwersytecie Warszawskim. Pilot wycieczek zagranicznych, specjalista od marketingu cyfrowego, lektor języka angielskiego, tłumacz. Fascynat psychologii ewolucyjnej, antropologii, astrofizyki, języka chińskiego i geopolityki.

1 Comment

Leave a Reply to dede Cancel reply