Podziały i rywalizację mamy we krwi. Ale czy to źle?

Wystarczył niespełna tydzień, aby wśród nieznajomych sobie chłopców zrodziło się indywidualne poczucie przynależności do grupy i akceptacja swojego miejsca w jej hierarchii. Grupa pozostawiona samej sobie wytworzyła w mgnieniu oka unikalny ekosystem, kulturę, normy, nazewnictwo pobliskich obiektów i w specyficzny sobie sposób podchodziła do rozwiązywania bieżących problemów.

Gdy chłopcy odkryli, że nie są w okolicy sami, zaczęły się problemy.

O Orłach, które pożarły Grzechotniki

Słynny eksperyment z 1954 roku przeprowadzony przez psychologa Muzafera Sherifa w USA miał za zadanie sprawdzić zasadność dwóch hipotez:

1) Nieznajomi połączeni wspólnym celem tworzą wewnątrz grupy hierarchiczną strukturę z wyodrębnionymi funkcjami i specjalnymi statusami.

2) Jeśli dwie grupy stworzone w taki sposób zostaną skonfrontowane ze sobą w warunkach współzawodnictwa i grupowej frustracji, pojawią się wrogie nastroje i działania wobec obcej grupy, które staną się normą i będą współdzielone w różnym stopniu przez poszczególnych członków grupy.

W ramach eksperymentu uczeni wybrali 22 młodzieńców i podzielili ich na dwie grupy o zrównoważonych kompetencjach fizycznych, mentalnych i społecznych. Obie grupy niezależnie od siebie zabrano do rozległego ośrodka kempingowego w parku przyrodniczym, gdzie przez kolejnych kilka dni chłopcy mieli za zadanie (nieświadomie) zbudować więzi, odkryć wspólne cele i dążyć do ich realizacji na drodze współpracy, rozmowy, planowania i efektywnego wprowadzania strategii działania w życie.

Cele te zostały osiągnięte w ciągu kilku dni zgodnie z przewidywaniami uczonych obserwujących i inspirujących wydarzenia pod przebraniem kadry.

Przyszedł czas na konfrontację. Z dnia na dzień chłopcy jęli odkrywać w okolicy ślady obecności nieznajomych (np. porozrzucane naczynia). Wzmocniło to ich śmiałość, przywiązanie do wspólnych wartości, norm, rytuałów i innych elementów wspólnej kultury. Aby odróżnić się od obcych, klany nadały sobie unikatowe nazwy: Grzechotniki i Orły. Odtąd jedni i drudzy spędzali większość czasu na rozważaniach, w jaki sposób dać łupnia nieproszonym gościom.

Gdy oba klany po raz pierwszy spotkały się twarzą w twarz w obozowej stołówce, doszło do wzajemnych wyzwisk, gwizdów i obraźliwych przyśpiewek. Przed kolacją niektórzy z Orłów odmówili nawet wspólnego posiłku Grzechotnikom. Nasilenie wzajemnej wrogości popchnęło chłopców do zorganizowanych napadów na przeciwne obozy. Klany – z pomocą uczonych – skłócone zostały do tego stopnia, że gdyby nie interwencja z zewnątrz, doszłoby do rękoczynów.

Natura czy bzdura?

Pomimo wielu krytycznych głosów wskazujących na (nie)etyczny aspekt eksperymentu (chłopcy nie wiedzieli, że są obiektem badań) i słabą reprezentatywność próbki badawczej (biali nastolatkowie płci męskiej), okoliczności stworzone przez Muzafera Sherifa miały bardzo wysoką wartość badawczą, ponieważ odbywały się w terenie, a uczestnicy nie byli świadomi swoich ról.

Jeśli jednak uprzemy się, że przedstawione wydarzenia nie powinny stanowić materiału naukowego dla bardziej ogólnych rozważań, to zastanówmy się, czy nasze własne życiorysy nie dostarczają odpowiednich przesłanek dla poparcia tezy, że jesteśmy gatunkiem postrzegającym rzeczywistość przez pryzmat podziałów.

Większość z Was zapewne wychowała się na osiedlach z “wielkiej płyty”, gdzie swobodnie łączyliście się w grupy z rówieśnikami i toczyliście „wojny” z mieszkańcami innych osiedli. W latach 90-tych, kiedy o Internecie nikt nie słyszał, wyprawa do sąsiadów „za ulicę” stanowiła doświadczenie porównywalne z postawieniem pierwszego kroku na Księżycu przez Armstronga. W szkołach, nawet jeśli byliście odludkami, to trzymaliście się konkretnych osób, ponieważ dawało Wam to minimum komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Na studiach – podobnie, ale osią potencjalnych zażyłości stawały się już wspólne przekonania, upodobania, a niekoniecznie sąsiedztwo ławek. W końcu wkraczamy w dorosłość i łączymy się w kolejne grupy – ideologiczne, światopoglądowe, polityczne. Wojna polsko-polska coś Wam mówi?

Właściwie trudno wyobrazić sobie taki aspekt naszej rzeczywistości społecznej, który nie byłby podszyty, zdefiniowany lub wynikły z podziałów i różnic. Polacy spierają się z Niemcami o ziemię, biedni z bogatymi o pieniądze, aborcjoniści z antyaborcjonistami, Chrześcijanie z Muzułmanami, liberałowie z konserwatystami, etc. Wielu z Was powie, że to chore, nieludzkie, że podziały i spory doprowadzą nas do zagłady.

Podziały i towarzysząca im rywalizacja są z nami od „wyjścia z jaskini” i zaryzykuję stwierdzenie, że częściej były paliwem dla rozwoju ludzkości niż zgoda (wyścig zbrojeń w XX wieku jest tego dobitnym przykładem). Jednak właśnie dlatego, że jesteśmy ludźmi, musimy ubolewać nad tym, że to nie zgoda i pokój prowadzą do rozwoju, a współzawodnictwo i konflikt. Ale również dlatego, że jesteśmy ludźmi i posiadamy rozumy, musimy zdawać sobie sprawę, że próba siłowego narzucania zgody i likwidowania podziałów prowadzi do jeszcze większych podziałów i większej niezgody. Protesty zwolenników Hillary Clinton w USA przeciwko Donaldowi Trumpowi w imię jedności narodu przy jednoczesnym wykluczeniu z debaty wszystkich, którzy Trumpa popierają, to doskonały symbol wybiórczego traktowania pojęć budujących nasze wyobrażenie świata.

Im szybciej zdamy sobie sprawę, że mamy naturę, która determinuje nasze wybory, tym lepiej dla naszych wyborów, bo – wbrew antropocentrycznym mrzonkom o wyjątkowości człowieka – jesteśmy produktem milionów lat ewolucji gatunków i nawet jeśli wydaje nam się, że podejmujemy podyktowane czystym intelektem wybory, to ostateczny rezultat zawsze jest wynikiem presji środowiska, naszych biologicznych potrzeb i nabytych w okresie dojrzewania wartości, uprzedzeń, fobii czy różnorodnych deficytów emocjonalnych.

Różnorodność ma swoją cenę

Czy możliwe jest współistnienie różnorodnych poglądów, wartości i zwyczajów bez konfliktów? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć ryczałtem, ponieważ nie wszystkie idee da się pogodzić. Prosty przykład: zwolennicy niewolnictwa i zwolennicy niezbywalnego prawa człowieka do wolności zawsze będą śmiertelnymi wrogami. O wiele prościej znaleźć kompromis między zwolennikami i przeciwnikami aborcji, jednak jak sami wiecie, również tutaj mamy do czynienia ze starciem dwóch ekstremów stroniących od merytorycznej dyskusji.

Spięcia również będą generowane przez różne systemy religijne, np. wolnościowa etyka chrześcijańska nie jest do pogodzenia ze współczesną doktryną islamską, która nie uznaje wolności religijnej i rozdziału życia świeckiego od religijnego[3]. Nie jest zatem możliwe stworzenie państwa, w którym wzajemnie wykluczające się reguły współżycia społecznego mają równy status na poziomie konstytucyjnym. Aktualnie w Europie próbuje się stworzyć system świecki, w którym różne wyznania mają teoretycznie równe prawa, jednak trzeba zauważyć, że ponad nimi jest system świecki, który narzuca własne ramy prawodawcze. Mamy zatem do czynienia z formą przymusu państwowego, który tworzy sztuczne normy, aby zapewnić relatywnie stabilną przestrzeń wzajemnej tolerancji. Nie jest to jednak przestrzeń, która przetrwa próbę czasu bez przymusu państwowego, a zatem jest w swej istocie antywolnościowa. Gdy zniknie aparat biurokratyczny Francji czy Niemiec, wówczas dojdzie do fizycznego starcia różnych koncepcji życia na jednym terytorium. Nie istnieje historyczny precedens, w którym dwie wzajemnie wykluczające się koncepcje relacji międzyludzkich stworzyły trwały organizm państwowy szanujący wzajemne różnice.

Podobne projekty jak dzisiejsza Unia Europejska próbowali stworzyć Aleksander Macedoński, Starożytni Rzymianie, Habsburgowie, Tito w Jugosławii czy Turcy Osmańscy. Co łączy te wszystkie państwa? Jak zapewne się domyślacie, przede wszystkim to, że każde z nich w końcu runęło z różnych powodów, a po zaniknięciu organów przymusu państwowego spajającego różne wyznania, narodowości i koncepcje życia społecznego, obudziły się uśpione spory, roszczenia, antypatie historyczne, czego dzisiejszą ekspresją są m.in. spory terytorialne na Bałkanach czy wojny między sunnitami i szyitami na Bliskim Wschodzie.

Najlepszym i póki co jedynym spoiwem różnorodności jest dobrobyt. Dobrobyt bierze się jednak z pracy, a praca z motywacji i dostępu do zasobów, co nastręcza innych trudności, ponieważ Motywacja jest nieograniczona, a zasoby – tak. Na tym polu zawsze będzie pojawiać się współzawodnictwo prowadzące do konfliktów. Gdy dwie grupy żyjące obok siebie stają w obliczu deficytu zasobu niezbędnego do życia, wówczas różnice między nimi nabierają wyrazistości.

Regułę tą można zaobserwować na każdym poziomie organizacji społecznej. Na przykład wobec wzrastającego bezrobocia, z jednej strony będziemy winić imigrantów za odbieranie miejsc pracy, a z drugiej imigranci będą posądzać rządy goszczących ich państw o dyskryminację. Z powodu deficytu zasobów kolonialnych doszło do I Wojny Światowej, a nazyfikacja Niemiec po jej zakończeniu była o tyle łatwa, o ile naród niemiecki czuł się poniżony i niesłusznie rozbrojony przez Wielką Brytanię. Z powodu tarć narodowościowych, wyznaniowych i historycznych doszło do rozpadu Jugosławii. Nawet jednakowe etnicznie i kulturowo rodziny z tego samego osiedla zaczną sobie wymyślać, jeśli będą musiały walczyć o wolne miejsca na ławce pod blokiem.

Światełko w tunelu nieskończonych możliwości

Współzawodnictwo mamy we krwi. W momencie, gdy współzawodnictwo zniknie – prawdopodobnie znikniemy my, bo czy możemy przetrwać czyhające na nas zagrożenia naturalne bez ciągłego rozwoju, chęci tworzenia, zdobywania, przekraczania granic i wybijania się ponad innych?

Nie odbierajcie powyższego jako aprobaty dla wojen i wyzysku. Absolutnie. Uważam po prostu, że ludźmi czyni nas wrodzona omylność i zdolność adaptacji do zmieniających się warunków otoczenia. W momencie, gdy systemowo pozbawimy się tego wszystkiego, co prowadzi do konfliktów i wojen, skażemy się na zagładę, bowiem wszystko to, co czyni nas wyjątkowymi, różnorodnymi, interesującymi jest również przyczyną wszystkiego, czego powinniśmy się w sobie wstydzić.

Inteligencja, którą szczyci się nasz gatunek, nie działa w oderwaniu od biologii. W pewnym sensie wykazał to również sam Sherif w trzeciej części eksperymentu, o której nie pisałem wcześniej. Celem uczonych było bowiem nie tylko zweryfikowanie dwóch hipotez wspomnianych na początku artykułu, ale również sprawdzenie, jak zmieni się dynamika relacji konkurujących klanów wobec problemu wykraczającego poza podziały.

Głównym kryzysem, przed którym postawiono klany, było pozbawienie ich stałego dopływu wody pitnej. Cała okolica zaopatrywana była przez jeden zbiornik ulokowany na wzniesieniu na północ od obozu, dlatego aby dotrzeć do źródła problemu, spragnione klany podążały śladem dwóch różnych wodociągów, aż dotarli do głównego rezerwuaru. Tam okazało się, że zbiornik jest pełny, a brak wody w wodociągach wynika z zapchanego zaworu. Wobec wspólnego interesu niesnaski między klanami znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zarówno Orły jak i Grzechotniki aktywnie dzielili się pomysłami na likwidację zatoru, a gdy z wodopoju poleciały pierwsze krople wody, wśród zgromadzonych wybuchł pojednawczy entuzjazm. Gdy zator został zlikwidowany całkowicie, Grzechotniki pozwolili Orłom, którzy nie mieli ze sobą manierek, ugasić pragnienie w pierwszej kolejności. Innym wyzwaniem, które prowadziło do uśpienia różnić i tymczasowego pojednania, było usunięcie przeszkody leżącej na drodze, którą dostarczano pożywienie do obydwu obozowisk.

Zdawałoby się zatem, że jako ludzkość skazani jesteśmy na wewnętrzne tarcia, a jedynym bodźcem mogącym doprowadzić do wielkiego pojednania jest wizyta przybyszy z innej planety. Bo co innego może dać nam poczucie bycia jedną rodziną, jak nie spojrzenie na siebie z perspektywy innej, obcej rodziny o nieznanych intencjach?

Od dobrobytu silniejsze więzi tworzy tylko wspólna niedola.

Ostatnia aktualizacja: 05.02.2017
___
[1] Sherif, M. (1958). Superordinate goals in the reduction of intergroup conflict. American journal of Sociology, 349-356.
[2] Sherif, M., Harvey, O. J., White, B. J., Hood, W. R., & Sherif, C. W. (1961). Intergroup conflict and cooperation: The Robbers Cave experiment (Vol. 10). Norman, OK: University Book Exchange.
[3] Marcin dr Marcinko: Ochrona praw człowieka w wymiarze regionalnym. Kraków: Uniwersytet Jagielloński, 2012, s. 122-131. ISBN 83-915947-2-6.

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Ukończył filologię angielską ze specjalizacją językoznawczą na Uniwersytecie Warszawskim. Pilot wycieczek zagranicznych, specjalista od marketingu cyfrowego, lektor języka angielskiego, tłumacz. Fascynat psychologii ewolucyjnej, antropologii, astrofizyki, języka chińskiego i geopolityki.

Wyraź swoją opinię