pozytywni ludzie

Czy pozytywne myślenie leczy duszę?

Pozytywne myślenie to modny wytrych pojęciowy dla promotorów szczęścia i dobrego życia. Początków szerszego wykorzystania tej koncepcji upatrywać należy w 1998 roku, kiedy uruchomiona została lokomotywa psychologii pozytywnej zmierzająca dziś na bocznicę historii, o czym pisałem przy okazji „Mrocznych zakamarków psychologii pozytywnej”. W tym tekście spróbujemy sobie więc ustalić, co należałoby rozumieć przez „pozytywne myślenie”, aby nie zrobić sobie krzywdy i rzeczywiście osiągnąć jakąś przybliżoną formę tego, co nazywamy „dobrym życiem”.

Jest to o tyle istotne, że dziś, w dobie relatywizacji wartości, można zauważyć niebywale duże zapotrzebowanie na wartości ugruntowujące starania ludzi w czymś głębszym i konkretniejszym niż postmodernistyczny bełkot odrywający rzeczywistość od obiektywnej prawdy. Nie wystarczy więc napisać, że pozytywne myślenie promowane przez wszelakiej maści coachów i słomianych psychologów jest be. Trzeba wypełnić tę przestrzeń uniwersalnym zestawem wartości, które pozwolą każdemu z większym lub mniejszym sukcesem nawigować przez życie, pełne przeciwności i cierpienia, inne od tego, co serwują kolorowe okładki magazynów i prestiżowe tablice instagramowych idoli.

Dobre życie

Dlaczego „ludzie sukcesu” popadają w nałogi lub popełniają samobójstwa? Dlaczego ludzie zdrowi fizycznie cierpią na depresje, podczas gdy nawet człowiek bez kończyn lub ze stwardnieniem rozsianym potrafi czerpać z życia radość? „Dobre życie” nie musi być równoznaczne ze szczęściem. Szczęście to ewentualny produkt uboczny dobrego życia, czyli życia ugruntowanego w poczuciu sensu. Bez poczucia sensu żadne staranie zmierzające do uszczęśliwienia siebie nie przyniesie zamierzonego rezultatu. Czy naprawdę uważasz, że pozytywne myślenie wypełni egzystencjalną pustkę, którą dla niepoznaki nazywasz życiem?

W „Mrocznych zakamarkach…” pisałem, że nadmiar pozytywnego myślenia może mieć szkodliwy wpływ na zdrowie psychiczne, fizyczne i dobrobyt materialny. Udawana pozytywność może być interpretowana przez mózg tak jak negatywne emocje, a więc może wzmacniać zaburzenia psychiczne, natomiast nadmiar pozytywnego myślenia może powodować złudzenia nieprzystające do rzeczywistości, a w rezultacie prowadzić do podejmowania katastrofalnych inwestycji, złego zarządzania zespołem i firmą czy nawet nieodpowiedzialnego prowadzenia samochodu. Co więcej, z uwagi na fakt, że najefektywniej uczymy się właśnie na błędach, to unikanie stresu i negatywnych emocji może skłaniać do unikania stresujących sytuacji poszerzających repertuar doświadczeń życiowych.

Świat nie jest tęczą malowany i mimo że z okładek magazynów czy profili społecznościowych pięknych ludzi przebija moc nieokiełznanego szczęścia, to w dużej mierze są to zaledwie fasady zasłaniające ocean problemów i cierpienia (nie, oczywiście, że nie zawsze!). Warto zdać sobie z tego sprawę, aby nie wpadać w autodestrukcyjną pułapkę szczęścia pt. „Wszyscy są tacy szczęśliwi oprócz mnie”. Zatem to, na czym powinno nam najbardziej zależeć, to wyrobienie sobie takich postaw lub przyzwyczajeń, które na dłuższą metę pozwolą zrównoważyć jasne i ciemne strony życia bez odfruwania w przestworza absurdalnych oczekiwań.

Sens życia

Wnioskując z danych empirycznych (nie odbierając jednak prymatu filozofii w rozważaniach nad sensem życia), można stwierdzić, że ludzkie doświadczenie jest kształtowane przez cztery potrzeby sensu[1], które stanowią o „dobrym” życiu:

  1. Celu wynikającego z dostrzegania związku między bieżącymi działaniami a ich przyszłymi rezultatami. Poczucie sensu tych działań jest więc czerpane ze świadomości potencjalnych przyszłych stanów (lub korzyści, mówiąc po ludzku).
  2. Skuteczności wynikającej z poczucia kontroli nad rezultatami podejmowanych działań, ale również poczucia, że owe działania mogą coś zmienić w istotny i znaczący sposób.
  3. Wartości działania wynikającej z poczucia, że podejmowane działania mają pozytywną wartość i/lub są moralnie uzasadnione. Ludzie są zmotywowani, aby zachowywać się w sposób odzwierciedlający pozytywne wartości moralne, lub przynajmniej interpretować własne zachowania jako odzwierciedlające normy i ideały powszechnie akceptowane.
  4. Własnej wartości wynikającej z poczucia bycia osobą z pożądanymi cechami.

Wszystkie cztery potrzeby sensu muszą być ugruntowane w codziennych doświadczenia, tzn. że ich spełnianie musi być osiągane przez faktyczne doświadczenie życiowe.

W teorii źródłem sensu może być obcowanie z przyrodą, wiara, kontemplacja filozoficzna, nauka, ekspresja artystyczna czy wręcz samotne przedsięwzięcia. Jednak w przeciwieństwie do większości innych zwierząt, w praktyce ludzie zaspokajają większość swoich potrzeb za pośrednictwem lub z pomocą grupy społecznej (a nie bezpośrednio z przyrody), co pozwala twierdzić, że nasza zdolność do budowania relacji społecznych i tworzenia kultury wyewoluowała jako adaptacja służąca przetrwaniu[2][3]. Wynikać może z tego na przykład, że wykluczenie społeczne powinno zagrażać ludzkiemu poczuciu sensu istnienia i w konsekwencji przetrwaniu. Ale i w drugą stronę – brak poczucia sensu może wpływać na pogorszenie relacji społecznych człowieka i zagrażać przetrwaniu.

Bez względu jednak na kierunek przyczynowo-skutkowy, oczywiste jest, że sens życia nie może być całkowicie uzależniony od relacji społecznych, bo wówczas znika wraz z zaniknięciem tych relacji, np. w obliczu przeprowadzki do innego zakątka świata (szczególnie dotkliwie odczują to introwertycy). W pierwszej kolejności musimy więc odnaleźć sens, a wzmacnianie relacji społecznych i szereg pozytywnych doświadczeń z tego wynikających przyjdzie jako efekt uboczny naszych starań. A jeśli nie przyjdzie, to przynajmniej będziemy mieć solidną bazę do ich budowania.

Dobrze, jak więc odnaleźć sens życia? Oczywiście nie jest to takie proste, ale zakładając, że Twoje poczucie bezsensu nie ma np. podłoża autoimmunologicznego, co wymagałoby raczej diagnostyki i/lub zmiany diety (pogląd, że zaburzenia psychiczne mają związek ze stanami zapalnymi wynikającymi z nieodpowiedniej diety zyskuje coraz silniejsze podstawy naukowe), to pierwszą rzecz, jaką należałoby zrobić, to przyjęcie odpowiedzialności za własne życie.

Odpowiedzialność

Odpowiedzialność jest wtedy, gdy przyjmujemy obowiązek zadbania o siebie lub kogoś, mając na względzie, że między naszymi wyborami lub zaniechaniami a dobrostanem naszym lub tego, o kogo postanowiliśmy zadbać, jest ścisły związek przyczynowo-skutkowy. Oczywiście nie na wszystko zawsze mamy wpływ, a bywa i tak, że czyjaś nieodpowiedzialność wpływa ujemnie na nasz dobrostan. Odpowiedzialność w takiej sytuacji przejawia się w naszym stosunku do tego, na co nie mamy wpływu. Czy przeciwność wtrąci nas w bezdenną rozpacz, czy ze stoickim spokojem przyjmiemy na siebie zrządzenie losu?

Podejście robi fundamentalną różnicę.

Czekanie aż coś zmieni się na lepsze samo z siebie jest w istocie niebywale demoralizujące, ponieważ nic nie zmienia się na lepsze samo z siebie, a nawet jeśli tak, to raczej przez przypadek. Poleganie w życiu na czystym przypadku jest rzecz jasna cokolwiek nierozsądne, dlatego niechęć do podjęcia odpowiedzialności, ba!, stania się osobą odpowiedzialną, może prowadzić do roszczeniowości i/lub poczucia bezsilności wobec losu.

Czy jest coś gorszego niż poczucie, że nie ma się na nic wpływu? Możliwe, ale…

Bez przyjęcia odpowiedzialności nie da się w istocie odnaleźć sensu życia, ponieważ tylko dzięki niej możemy:

  • Określić wartościowy cel działania. Oczywiście możemy czekać, aż ktoś inny zrobi to za nas, ale należy sobie wówczas zadać pytanie, czy intencje określającego są na pewno bezinteresowne a sam wybór celu wartościowy i ważny dla nas?
  • Mieć kontrolę nad rezultatami swoich działań, ponieważ to od nas zależy co, kiedy i w jakim tempie jest robione. Dzięki temu możemy również podejmować działania zgodne z własnym sumieniem, co zdecydowanie poprawia kondycję duchową.
  • Mieć pozytywny wpływ na zmiany w swoim życiu i na świecie. Ludzie nie doceniają, jak wiele dobrego wynika dla najbliższej społeczności z naprawy własnego życia i zamiast tego wolą zajmować się problemami innych. Prawda jest niestety taka, że jeśli nie potrafimy dogadać się z własną żoną, dzieckiem czy kolegą z pracy, to co daje nam podstawy do twierdzenia, że możemy odpowiedzialnie zajmować się o wiele bardziej złożonymi problemami świata?
  • Zbudować poczucie wartości, które bez trzech powyższych jest co ewentualnie arogancją lub pychą, a te na dłuższą metę nie są zdrowe, bo nikt nie lubi ludzi pysznych i aroganckich, a bez pozytywnych relacji z innymi ludźmi ciężko jest przejść przez świat w relatywnym zdrowiu psychicznym.

Ponadto, przyjęcie odpowiedzialności ma jedną dodatkową zaletę: daje nam przewagę w świecie powszechnej nieodpowiedzialności. Jeśli załóżmy na 10 osób tylko Ty potrafisz wziąć sprawy w swoje ręce, to automatycznie zwiększasz swoje szanse na osiągnięcie tego, o czym 9 pozostałych osób nieśmiało marzy.

Rzecz jasna odpowiedzialność wiąże się z wysiłkiem, ale pytanie, czy bezczynność nie obciąża jeszcze bardziej? Depresja nie jest szczególnie rzadką przypadłością. Myślisz, że u jej podłoża leży nadmiar działania?

Od zera do bohatera

Kiedy przyjmiemy odpowiedzialność, możemy zabrać się za dźwiganie ciężarów.

Zaczynamy więc od określenia wartościowego celu końcowego (np. „Jakim człowiekiem chcę być?”), który powinien składać się z mniejszych celów pośrednich (np. „Jakie umiejętności muszę rozwinąć, aby być takim człowiekiem?”). Cele pośrednie powinny być na tyle trudne, aby stymulowały nasz rozwój, ale na tyle łatwe, aby nie zniechęcały nas do dalszego działania. Widząc mały postęp w regularnych odstępach czasu jest o wiele łatwiej czuć, że ma się kontrolę nad rezultatami własnych działań, niż gdy porywamy się od razu z motyką na Słońce.

Jak określić optimum? Metodą prób i błędów. Jeśli coś przychodzi Ci zbyt łatwo, to popchnij granicę tolerancji na tyle, aby czuł(a), że działanie sprawia trudność, ale nie powoduje frustracji. Jeśli z kolei widzisz, że mimo najszczerszych chęci idzie Ci jak po grudzie, rozważ zmodyfikowanie planu działania np. przez rozbicie wybranego celu pośredniego na jeszcze mniejsze części (np. zamiast „Chcę swobodniej obracać się w towarzystwie” zacznij od „Odświeżę stare znajomości” lub „Spróbuję zagadać do kogoś w pracy”).

O ile gdzieś z tyłu głowy może przyświecać Ci jakiś stan idealny, do którego chcesz dążyć, o tyle mierzenie postępu powinno odbywać się przez porównywanie stanu bieżącego ze stanem wyjściowym, a nie określonym ideałem. Realistycznie rzecz biorąc, ideały są nieosiągalne, ale każdy z nas ma jakiś potencjał, który może odkrywać zbliżając się do ideału, dlatego nie warto zbytnio zaprzątać sobie głowy tym, ile Ci jeszcze brakuje. W praktyce rzadko kto osiąga swój maksymalny potencjał (jeśli w ogóle takie hipotetyczne maksimum istnieje), dlatego praca nad sobą może (i powinna) trwać całe życie. Wbrew pozorom to bardzo dobrze, bo „idealni” ludzie mają skłonność do bycia ciężkimi kompanami.

W powszechnym mniemaniu samodoskonalenie uważane jest za egoistyczne. Jak zawsze prawda jest nieco bardziej skomplikowana, niż internetowym filozofom się śniło. Otóż, faktycznie, jeśli kierują Tobą niezbyt wartościowe pobudki, np. „chcę być bogaty” lub „chcę by mnie podziwiano”, to nie dość, że pracujesz na własne nieszczęście, to jeszcze wpadasz w spiralę chodzenia po trupach unieszczęśliwiając przy okazji innych. Pytanie tylko, czy możesz wtedy mówić o samodoskonaleniu? Czy możesz powiedzieć, że wszystko, co Ci się wymarzy, ma odpowiednik w uniwersalnym i wartościowym ideale? Czy jeśli „dobre życie” jest wtedy, kiedy jesteś podziwiany/a, to czy nie wystarczy stracić podziwu innych (co nie jest wcale takie trudne), aby utracić poczucie sensu życia? To samo z bogactwem, szczęściem i szeregiem innych podatnych na koniunkturę wartości.

Jeśli założymy, że świat jest nieprzyjemnym miejscem do życia, bo ludzie takim go czynią, to jedynym realistycznie wymiernym sposobem na uczynienie go lepszym jest w pierwszej kolejności naprawienie siebie, a później innych. Zbyt wiele problemów wynika z próby naprawiania innych, kiedy sami mamy nabałaganione w głowach.

Oczywiście nie oznacza to, że mamy nie pomagać, kiedy sami błądzimy. Wręcz przeciwnie. Warto natomiast rozważyć, czy zajmowanie się problemami ludzi dookoła nie jest ucieczką od własnych głęboko skrywanych dolegliwości?

Pomyślności w Nowym Roku!

___

[1] Baumeister RF. Meanings of life. New York: Guilford Press; 1991.

[2] Dunbar RIM. Neocortex size as a constraint on group size in primates. Journal of Human Evolution. 1993;20:469–493.

[3] Baumeister RF. The cultural animal: Human nature, meaning, and social life. New York: Oxford University Press; 2005.

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Językoznawca specjalizujący się w procesach poznawczych człowieka ze szczególnym uwzględnieniem wpływu języka na wybory moralne jednostki. Ukończył językoznawstwo kognitywne na Uniwersytecie Warszawskim.

1 comment