Równość i wolność nie są wartościami uniwersalnymi

Zaletą życia we współczesnej cywilizacji zachodniej jest możność przeżycia danego nam czasu w absolutnym przekonaniu, że równość, szacunek i podmiotowość każdej indywidualności z osobna są stałymi kosmologicznymi, przyświecającymi nam od zarania dziejów, a wszelkie zmiany status quo, nawet jeśli wychylą się zza węgła przyszłości, niechybnie przeminą bez echa uległszy spajającym nasze wyobrażenia zdrowemu rozsądkowi, światłości i szacunkowi wobec życia.

Jest w tym przekonaniu trącącym w pełni uzasadnioną i usprawiedliwioną ignorancją coś magicznego i przerażającego zarazem. Oto bowiem rodzimy się wśród narodów, których historia z pozoru już nie dotyczy. Dwa tysiąclecia waśni, rozlewu krwi, schizm i niewyobrażalnych zbrodni przeciwko rodzajowi ludzkiemu, w niespełna sto lat przeistoczyły się w beztroską sielankę naznaczoną okresowymi skandalami obyczajowymi rozpalającymi opinię publiczną do czerwoności. Każdego dnie budzimy się w świecie, który w kolektywnej świadomości nie posiada początku, a tym bardziej końca. Sporadycznie, tu i ówdzie, ktoś podniesie wrzawę o rzekomej „katotalibanizacji” zwyczajów w Polsce.

Jest nam z tym niezwykle dobrze.

A jednak wystarczy zaledwie jedno pokolenie wychowane w próżni, całkowicie oderwane od zdobyczy cywilizacji jakiejkolwiek, aby w niespełna dwie dekady powrócił handel kobietami i dziećmi oraz kanibalizm. Wbrew naszym najśmielszym wyobrażeniom o sobie, wszystko to, co stanowi o nas dziś, jest zbiorem wartości wypracowanych przez dziesiątki, a nawet setki tysięcy lat przez naszych przodków, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Ustnie. A przerwanie ciągłości przekazu oznacza koniec cywilizacji jaką znamy.

Biologia nie bierze jeńców

Wszystko wskazuje na to, że nie ma w naszym DNA informacji o równości i podmiotowości wszystkich ludzi na świecie. Nie ma też niczego na temat nie sprzedawania dzieci czy kobiet w niewolę, do haremów czy porzucania noworodków w górach, jeśli urodzą się „nieprzystosowane”. Moralność i etyka są kategoriami kulturowymi, a to oznacza, że wraz z przemijaniem kultur, zmieniają się zestawy wartości, którymi kierują się mieszkańcy danego obszaru. W tym sensie, osiągnięcia cywilizacji zachodniej w dziedzinie równouprawnienia i poszanowania praw człowieka to ewenement na skalę nie tyle historyczną co w zasadzie światową.

Najprostszym niegdyś sposobem na znalezienie żony było kupienie jej od właściciela, czyli ojca. Zwyczaje takie panowały już w Babilonii i Ameryce przedkolumbijskiej[1]. Do dziś wśród niektórych plemion indiańskich, pierwotnych Australijczyków czy niektórych afrykańskich autochtonów żona stanowi własność. Chciałoby się powiedzieć jak rzecz lub pies, ale nie oszukujmy się – współcześnie rzeczy, szczególnie te świadczące o statusie, zwykli jesteśmy traktować z wyjątkowym namaszczeniem. A jednak smartfona nie pożyczymy nikomu. Kobiety dla odmiany, szczególnie kupne, pożyczano, zamieniano i odsprzedawano wedle preferencji, na co przyzwala Koran, a czynią to nadal afrykańscy Hotentoci. Kobieta w różnych zakątkach świata służyła do uprawiania pola, aby mężczyzna już nie musiał. Gdy majątek pozwalał, tworzono relacje poligamiczne, wszak im więcej żon, tym więcej pola urobi mąż bez kiwnięcia palcem. Oprócz tego żona miała rodzić. Dzieci stanowiły kapitał – w czasach kryzysu można było je odsprzedać za środki do życia. Kobiety bezpłodne lub rodzące same córki porzucano już w Babilonii z tytułu bezużyteczności.

Do dziś w skądinąd kulturowo wysoko rozwiniętych Indiach, w praktyce[3] (mimo praw konstytucyjnych) żona i synowie nie mają prawa posiadania, a wszystko, co pozyskają, jest własnością ojca. Od czasu do czasu całym światem wstrząsają informacje o brutalnych gwałtach grupowych na bezbronnych kobietach w Indiach, jak choćby tym poczynionym na 23-letniej studentce w 2012 roku w Delhi[4]. Zgodnie z badaniem z roku 2002 około 45% kobiet (w Indiach) doświadcza spoliczkowania, bicia lub kopania przez własnego męża[3]. Populacja Indii stanowi dziś drugą najliczniejszą na świecie zaraz po Chinach. W Chinach z kolei, pomimo że aktualnie status kobiet w wysoko rozwiniętych regionach państwa środka nosi znamiona relatywnie silnej emancypacji[5], to warto pamiętać, że dopiero w 1921 zakazano ChRL krępowania stóp dziewczynkom, a na prowincji kobieta nadal – funkcjonalnie – należy do męża. Co więcej, historycznie znak określający żonę składa się z dwóch „sylab”: pierwszy oznacza kobietę, a drugi miotłę.

Różne metody organizacji społeczeństw

Podążając za wybitnym polskim kulturoznawcą i historiozofem, Feliksem Konecznym, stopnie rozwoju cywilizacji, czyli najwyższej formy organizacji społeczeństw, wynikają nie z zaawansowania technologicznego, ale – najprościej mówiąc – ze sposobu organizacji współżycia społecznego i pojmowania abstraktów zdrowia, bogactwa, dobra, prawdy i piękna. Ma tu Koneczny sporo racji, albowiem gdyby przyjąć kryterium technologiczności, musielibyśmy już dziś oddać palmę pierwszeństwa Chinom czy Indiom w ucywilizowaniu z tytułu ich zaawansowania w dziedzinie technologii kosmicznych względem zastałych i skostniałych na tym polu państw europejskich. A co ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi? Czy nie są one technologicznie lepiej rozwinięte niż większość państw świata? A jednak z dużą dozą ostrożności nazywalibyśmy ten kraj bardziej ucywilizowanym od przykładowo Chorwacji czy Grecji.

W moim przekonaniu słuszne jest zatem przyjęcie kryterium Konecznego, ponieważ ani historia, ani współczesność, nie dostarczają póki co przesłanek wskazujących na konieczność przyjęcia innego rozwiązania. Z takiego rozumienia wyższości z kolei logicznym będzie przyjęcie za regułę, że przejawem zaawansowania cywilizacji jest stopień upodmiotowienia jednostek żyjących w jej obrębie bez względu na ich cechy demograficzne.

Doskonałym przykładem czynników spowalniających rozwój będzie tu poligamia. Koneczny zauważa, że „[…] społeczeństwa wielożenne są materialnie słabe, a po dłuższym okresie wręcz zrujnowane. Praca tam hańbi, próżniactwo staje się ideałem antyspołecznym. […] Tylko przy monogamii zdwajają się siły społeczne przez współpracownictwo kobiety. Poligamiczne społeczeństwa stanowiły zawsze niższe szczeble w pochodzie historycznym, właśnie dlatego, że w nich kobieta wykluczona jest od współtwórczości […] [i] nie działa przy rozbudowie społeczeństwa”[1].

Poligynia (forma poligamii) jest dziś legalna w 50 na 200 niepodległych państw na świecie, przy czym zdecydowana większość z nich to kraje muzułmańskie. Poliandria zaś jest zakazana we wszystkich państwach świata[2]. Skądinąd Chiny są do dziś ze wszech miar cywilizacją może nie poligamiczną, ale poligamizującą, czyli taką, którą nadal ma stosunek ambiwalentny wobec tej instytucji mimo odpowiedniego ustawodawstwa. Niestety, tak samo jak nie da się znieść ustawą ubóstwa, takie same trudności nastręcza instytucjonalne wyplewianie różnych form zależności kobiet od mężczyzn w regionach sytuowanych na niższych szczeblach rozwoju społecznego.

Cywilizacja Zachodnia, niosąca dotychczas pochodnię wolności, zaczyna niestety pożerać swój ogon. Właściwie robi to od dawna. Jeśli zgodzimy się, że decydujący wpływ na rozbudowę i wzmocnienie społeczeństw ma równouprawnienie (rozumiane jako absencja barier, czyli np. zakazu pełnienia funkcji lub konkretnych zawodów; parytety dajmy na to są barierą według wszelkiej logiki) to siłą rzeczy musimy kwestionować aktualne trendy zachodzące w Europie Zachodniej, tj. nadawanie przywilejów mniejszościom wszelakim i wyciszanie tradycji, na których gruncie wyrosła nasza potęga cywilizacyjna. Czyż przywilej nie jest barierą? Czy każdy przywilej nie tworzy ograniczenia dla grup, które przywileju nie posiadają?

Jeśli – w imię jakieś poprawności czy źle pojętego humanitaryzmu – uznamy, że nie ma gorszych i lepszych cywilizacji, ale równocześnie uważamy, że każdy, kto traktuje słabszych źle jest zły, gorszy lub w inny sposób ujemnie nacechowany, to czy siłą rzeczy nie powinniśmy mieć takiego samego zdania względem cywilizacji traktujących słabszych „źle”? Czy upieranie się przy traktowaniu innych cywilizacji jako równych naszej nie będzie hipokryzją?

W moim przekonaniu nie ma niczego złego w postrzeganiu cywilizacji zachodniej jako lepiej rozwiniętej. Szkodliwe będzie natomiast wykorzystywanie tego przekonania do uzasadniania agresji wobec innych cywilizacji pod pretekstem przynoszenia demokracyj czy innych wynalazków rzekomo mających sprawić, że ludzie innych kultur będą szczęśliwsi. To jest kolejna lekcja, którą musimy odrobić, jeśli chcemy osiągnąć następny szczebel rozwoju świadomościowego i cywilizacyjnego.

Mimo że wszystkie przytoczone tu fakty mogą prowadzić do zagotowywania się krwi wśród co bardziej empatycznych czytelników, to daleko mi do wystawiania moralnych ocen komukolwiek. Uważam bowiem, że ludźmi – w porównaniu do zwierząt, którymi jakby nie patrzeć jesteśmy i z których się wywodzimy – czyni nas zdolność autorefleksji i związanej z nią ewolucji świadomości. Rozwój zawsze okupowany jest ofiarami, dlatego tak ważne jest postrzeganie zdobyczy cywilizacyjnych jako największego skarbu ludzkości. Skarbu, którego – jak pokazuje historia – nie da się ukraść, eksportować, importować czy ofiarować na złotym talerzu przybyszom z innego kręgu kulturowego. Można go tylko stracić.

___
[1] Koneczny, Feliks. O wielości cywilizacji. Wyd. Capital, Warszawa, 2015.
[2] https://en.wikipedia.org/wiki/Legal_status_of_polygamy
[3] http://www.psz.pl/124-polityka/hanna-cieslik-kobieta-w-indiach
[4] http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/asia/india/9755913/Gang-rape-of-Indian-woman-sparks-mass-protests.html
[5] http://www.miedzykulturowa.org.pl/cms/byc-kobieta-w-chinach.html

Adam J. Wichura

Adam J. Wichura

Ukończył filologię angielską ze specjalizacją językoznawczą na Uniwersytecie Warszawskim. Pilot wycieczek zagranicznych, specjalista od marketingu cyfrowego, lektor języka angielskiego, tłumacz. Fascynat psychologii ewolucyjnej, antropologii, astrofizyki, języka chińskiego i geopolityki.

Wyraź swoją opinię